|
_2
(7!) 2004 OUT-look_
Serce pod młotkiem - tekst:
Piotr Sarzyński.
Pełna wersja w *.pdf
(ok.
600 kB)
Błądzi,
kto sądzi, że największym prześladowcą polskich artystów są złośliwi
krytycy i nieżyczliwi kuratorzy wystaw, którzy z uporem nie
dostrzegają wybitnego dorobku. Otóż w ostatnim piętnastoleciu
największą zmorą twórców stali się organizatorzy charytatywnych
aukcji. Historia tych przedsięwzięć, to także historia najnowszej
rodzimej obyczajowości, w której dobre chęci i szlachetne
odruchy serca nierzadko mieszały się z niskimi pobudkami zabłyśnięcia
na towarzyskim firmamencie.
Teoretycznie
wszystko było w porządku. Z jednej strony potrzebujący:
chore dzieci, domy starców, pozbawione nowoczesnego sprzętu szpitale,
schroniska dla zwierząt, bezdomni, narkomani, samotne matki obarczone
licznym potomstwem, pragnący wydobyć się z alkoholizmu porzuceni
ojcowie, sieroty, sypiące się ze starości zabytki… Długo by
wymieniać. Słowem wszyscy zaniedbywani przez zajęte pospołu
budowaniem kapitalizmu władze i naród. I doświadczeni przez
los – po pamiętnej wielkiej powodzi liczba aukcji gwałtownie wzrosła:
w Krakowie dwukrotnie licytowano obrazy na rzecz Wrocławia, zaś w Warszawie
dzieła sztuki na ten sam cel poszły pod młotek w Muzeum
Narodowym i w hotelu Marriott. Z drugiej – coraz bogatsi
polscy bogacze, w których należało obudzić jakże słuszne
poczucie winy za ich nieprzyzwoite majątki i zmusić, by
podzielili się ich cząstką z najbiedniejszymi… a przy
okazji kupili sobie niedrogo coś nad kominek nowej willi czy na ścianę
nowej garsoniery.
Zaś
pośrodku szlachetni, bezinteresowni organizatorzy, szczerze zatroskani
losem wszystkich nieszczęśliwych i gotowi dla nich rzucić na
szalę swe znajomości, wolny czas czy menedżerskie umiejętności.
Oczywiście, w wystarczająco jasnym świetle reflektorów.
Aha,
zostali jeszcze artyści, od których wymagano tylko jednego: ochoczego
przekazywania owoców własnej pracy. Na każde wezwanie – wszak dar
serca wymaga poświęceń. Doszło do kuriozalnej sytuacji: to właśnie
artystów czyniono moralnie odpowiedzialnymi za powodzenie przeróżnych
zbiórek pieniędzy. Nikt nie zwróciłby się do Fiata, by podarował
samochód, choć produkuje ich setki tysięcy. Uważało się natomiast,
że artyści, którzy tworzą znacznie mniej, a jeszcze mniej
sprzedają, powinni hojnie wspierać inwalidów, sieroty i chorych
na raka. A najlepiej obrazami, których wartość jest niekiedy równa
wartości samochodu. I często wspierali. Gdy chodzi o cele
szlachetne – pomoc dzieciom, budowę domu dla straców itp. – zawsze
staram się coś ofiarować – zapewniał niegdyś Edward Dwurnik.
Zawsze można było liczyć na Franciszka Maśluszczaka, Stasysa
Eidrigeviciusa, Jerzego Nowosielskiego, Magdalenę Abakanowicz, Jana
Tarasina i wielu innych. Przekazywali swe prace, choć na polskim,
bardzo płytkim rynku była to ofiara podwójna, bowiem każdy
ofiarowany obraz oznaczał, że artysta nie tylko nic na nim nie zarobi,
ale straci też potencjalnego klienta na swą następną pracę.
Z
czasem aukcje serca zaczęły przegrywać z rzeczywistością.
Zacznijmy od beneficjentów. Mniej lub bardziej regularnie na ich ręce
trafiały więc czeki. I trzeba uczciwie przyznać, że na aukcjach
nigdy nie dochodziło do takich przekrętów, jak na estradzie, gdzie
organizatorzy wielkich koncertów charytatywnych znikali wraz z całym
utargiem. Imponujące z początku kwoty, w końcu zaczęły
topnieć. Może dlatego, że rodzimi biznesmeni okazali się mniej
skorzy do zakupów, niż tego oczekiwano. Woleli wydać sto razy więcej
na konie w galopie Alfreda Wierusza Kowalskiego czy Wojciecha
Kossaka, niż za grosze „paskudzić” sobie ściany pracami współczesnych
malarzy. Po paru spektakularnych licytacjach „na pokaz” zaczęli
masowo ignorować wszelkie aukcje serca. Życie jednak nie znosi próżni.
Ich miejsce szybko zajęli wietrzący interes właściciele galerii i drobni
marszandzi sztuki. Oto bowiem za psie pieniądze mogli kupować prace
naszych najlepszych twórców, a następnie odsprzedawać je z zyskiem
swoim klientom.
Z
czasem fala charytatywnych aukcji gwałtownie opadła, bo zaczęło również
brakować chętnych do ich organizowania. We wczesnych latach 90. ich
animatorami były najczęściej żony świeżo upieczonych i bardzo
bogatych polskich biznesmenów. Znudzone nieustannymi wyjazdami na Arubę
i do St. Moritz uznały, że nic tak nie zdobi jak zgrabne połączenie
sztuki z działalnością charytatywną. Jak to jednak z rozkapryszonymi
dziewczynkami bywa i ta zabawka szybko im się opatrzyła. Tym
bardziej, że media coraz mniej miejsca poświęcały ich bezgranicznemu
oddaniu biednym dzieciom. A cóż warte oddanie sprawie, jeżeli
nie towarzyszy temu medialny zgiełk? Już lepsza Aruba…
W
końcu i sami twórcy dobili własny gwóźdź do trumny pulsującego
już coraz słabiej, malowanego charytatywnego serduszka. Początkowo
karnie ofiarowywali swe prace każdemu, kto się do nich zgłosił i wygłosił
żarliwy esej o braku bandaży, sierocej chorobie czy zbawiennych
skutkach hipoterapii w leczeniu porażenia mózgowego. Z czasem
jednak ich zapał malał. Po pierwsze, sami coraz częściej klepali
biedę, w związku z czym ich solidarność z innymi
biednymi dramatycznie słabła. Po drugie, szlag ich trafiał, gdy zauważali,
że charytatywne aukcje psują rynek i mozolnie, latami wypracowane
poziomy cen. Bo kto kupi w galerii lub bezpośrednio od artysty
obraz za 10 tys. złotych, skoro podobny wystawiony na szlachetny cel może
sobie sprawić za jedną czwartą tej kwoty? Po trzecie wreszcie,
kolejka organizatorów oczekujących darowizny wydłużyła się
nieprzyzwoicie i chcąc zadośćuczynić ich prośbom, należałoby
malować wyłącznie dla nich. Praktycznie codziennie proszony jestem
o przekazanie swych prac na aukcje charytatywne. Próśb tych jest
dwa razy więcej niż obrazów, które maluję. Dlatego zdecydowałem się
wspierać tylko dwie regularnie organizowane aukcje. Pozostałym
niestety muszę odmawiać – wyjaśniał swego czasu Zdzisław
Beksiński.
Dziś
na placu boju zostali najbardziej wytrwali (patrz: ramka), ci którym
naprawdę zależy, by spod młotka aukcjonera wyglądało wielkie,
szczere serce. Pozostali zajęli się dbaniem o własne serce.
|
|
_1
(6!) 2004
MONO-grafia_
Leon Tarasewicz - rozmawia Olaf
Cirut.
Pełna wersja w *.pdf (ok.
300 kB)
Olaf
Cirut: Naszą rozmowę prowadzimy w Pańskiej pracowni na Akademii,
proszę powiedzieć, czy zdarza się, że mówi Pan niektórym ze swoich
studentów, że tracą tu czas, że nie nadają się na artystów?
Leon Tarasewicz: - Oczywiście, zawsze im mówię - jeżeli widzę, że
znaleźli się na Akademii przypadkowo - zrezygnujcie, zajmijcie się
czymś innym. Od samego początku mówię im, jakie są realia. Do tego
staram się, robiąc wystawy, zapraszać ich do uczestnictwa w
przygotowaniach, tak żeby na własnej skórze poznali czy to w Zachęcie,
czy w Zamku Ujazdowskim, jakie mechanizmy rządzą tym światem. Jakie
jest życie artysty w Polsce. Nie chcę, żeby mieli potem do mnie
pretensje, że ich nie ostrzegałem. Teraz student przychodząc na
Akademię dostaje bardzo dobre stopnie i kończy dostając bardzo dobre
stopnie, choć jego los nikogo nie obchodzi - po nim przyjdą następni.
Przecież
przed egzaminami można ich odsiać na teczkach, mają chyba świadomość,
gdzie się wybierają?
- Egzaminy na studia to straszna maszyna, która zaczyna się od kółek
plastycznych w szkołach, potem kursów przygotowawczych, jakichś
absolwentów po domach kultury uczących... i przyjmują nie osobowości,
które mają jakiś potencjał, tylko tych, którzy spełniają ich
kryteria. To paranoja! To zamknięte koło, które nic nie daje. Teraz
kadry uczelni artystycznych nie są zainteresowane sztuką - ich
interesują etaty. To smutne, ale takie są moje doświadczenia. W
szkolnictwie artystycznym dalej pokutuje maniera fabrykująca różnego
rodzaju estetyki. W krajach komunistycznych czy teraz
postkomunistycznych pracuje się tylko nad estetyką pomijając zupełnie
rozwój intelektualny. W Bułgarii, na Białorusi i na Ukrainie dochodzą
do takich konformizmów, że do każdego koloru należy dodać bieli.
Obowiązuje nierealna przestrzeń i optymistyczna tematyka z elementami
narodowymi. W Polsce za Sokorskiego bardzo sprytnie zaadaptowano
abstrakcję amerykańską, pozwalając na nią, ale tępiąc wszelkie
przejawy działań choćby konceptualnych. W tej chwili świadomość
artystyczna kończy się na Hockneyu i Baconie. Do tej pory dla wielu
poprzeczką nie do przeskoczenia jest Andy Warhol.
Czy
w Polsce jest możliwe wykreowanie modelu kultury, który uwzględniałby
te wszystkie mentalne ułomności?
- Zobacz, jak się rozwijały państwa i jak się rozwijała sztuka.
Aktywność ekonomiczna i kreacja artystyczna. Powstaje najpierw jakieś
skrzyżowanie dróg, rozwija się intelekt, rosną potrzeby duchowe, wieża
Babel rośnie. Potem dochodzi do punktu krytycznego - imperium znika,
cofa się i wtedy też jest najbardziej delikatne malarstwo. Choćby to
w pierwszym wieku w Rzymie. Takie malowanie pojawia się dopiero w
Renesansie.
To musiałby być moment tak ważny, jak powstanie kubizmu, które
raptownie zmieniło całą perspektywę myślenia o sztuce. Wtedy człowiek
nagle zaczął widzieć tyle różnych możliwości. To są piękne
momenty cywilizacyjne, dlatego tak ważna jest sztuka w społeczeństwie.
Z reguły im bardziej niesprzyjające warunki do rozwoju jednostki
podlegającej wielu konfrontacjom, tym częściej wyrastają piękniejsze
kwiaty i ciekawsi ludzie, czego przykładem jest chociażby środowisko
żydowskie. To samo było w Rosji. Tak ciężkie warunki, jakie historia
i cywilizacja im zgotowały, spowodowały, że wyrosły jednostki
pokroju Włodzimierza Wysockiego czy Malewicza - za Malewiczem nie jesteś
w stanie nadążyć, bo widzisz prymitywnie zrobione rzeczy, które niosą
wielką siłę intelektualną w sobie. Centra ściągają takich artystów:
oni nadają ton, a potem bardzo często cywilizacja wchłania ich w
siebie. Coraz bardziej obrastają i przestają być kreatywni. Zawsze
jest tak, że centra kulturowe infiltrują obrzeża.
No
tak, ale Pan przecież też mieszka na prowincji i chyba trudno
powiedzieć, że Pana sztuka jest tam akceptowana czy wspierana.
- Ale tam jest to naturalne. Wieś dlatego zachowała tradycję, że
jest konserwatywna. Tam nikt nie rozmawia o feminizmie, bo samo życie
wymusza podział obowiązków. Czasami ktoś mnie pyta, dlaczego nie
robię wystaw u siebie na wsi. Ja mówię wprost: ja po prostu nie chcę
dostać po mordzie. Co to znaczy, że ty stawiasz pytania o sztukę?
Zadając tam takie pytania kwestionujesz ustalony od wieków model życia,
a sztuka jest ciągłym kwestionowaniem ustalonych reguł. Stawianiem
nowych pytań. Ja, mieszkając w Waliłach, "oparłem się" o
Warszawę. Później, po 1984 roku całkiem by mnie nie było, gdybym
nie funkcjonował w Szwecji, Anglii i Włoszech. Na szczęście to, co
robiłem, było na tyle wyalienowane z tej rzeczywistości
polityczno-społecznej, że ma wymiar uniwersalny.
To
w takim razie, gdzie my teraz jesteśmy z naszą sztuką?
- Na przedmieściach Rzymu, bo Rzym jest teraz choćby w Niemczech. U
nas ciągle jest poślizg kilkudziesięciu lat. Wsiadasz w pociąg w
Warszawie i za kilka godzin jesteś w Berlinie. Chodzisz, oglądasz,
konfrontujesz. Nie można mieć pretensji do cywilizacji, że raptownie
teren, w którym ty się znalazłeś i mieszkasz, znalazł się z boku.
Jeżeli zostałeś na poboczu zmian, a chcesz uczestniczyć w procesie
cywilizacyjnym, to musisz do niego dołączyć. I tu nie chodzi o ślepe
naśladownictwo, jak to się dzieje u nas w kraju, ale... dojeżdżasz
tam i włączasz się do rozmowy na równych prawach. Po pierwsze nie można
obrażać się na nasze społeczeństwo. Było tak zawsze i będzie, że
sztuką zajmują się intelektualne elity. Ktoś może myśleć, że mając
samochód jest elitą, ale jest w dużym błędzie. Zobacz, gdzie kiedyś
Goethe czy Beethoven jeździli, z kim jedli kolację. Cieszę się, że
od maja dadzą nam pieniądze i zaczną budować drogi, bo sami nie
potrafimy budować. Może tak jak Hiszpanom w Bilbao, dadzą nam muzeum
sztuki współczesnej, to o które tak długo walczy Anda Rottenberg.
Sami nie potrafimy go stworzyć.
Może
jakąś alternatywą byłoby stworzenie republiki artystów?
- Kto to utrzyma? To, o czym mówisz, to dwór. W tej chwili w Polsce są
pewne dwory, które mają artystów na swoją miarę. W Warszawie dwory
mają jednych artystów, w Krakowie innych, a ostatnio w Poznaniu
jeszcze innych. Ja tu w Warszawie uczestniczę w życiu artystycznym i
okazuje się, że na dworach warszawskich są tacy artyści, o których
ja nic nie wiem, i historia sztuki nie wie... Patrz, że pierwszym
malarzem, który malował u nas portrety był Dolabella - trzecioligowy
malarz z Włoch. A Canaletto, a Baciarelli? Teraz, kiedy władza się
ustabilizowała, nikt sobie nie uświadamia, jak ważna jest sztuka,
nasza przynależność do europejskiego kręgu kulturowego. Władze nie
potrzebują sztuki, władze nienawidzą sztuki -władze potrzebują
propagandy. Dochodzi do tego, że instytucja państwowa - sąd, w którym
jeszcze oskarżycielem posiłkowym jest prorektor, skarży Nieznalską.
To była rozprawa jak z najgorszych lat pięćdziesiątych. My w tej
chwili żyjemy w państwie, w którym politycy tylko czekają na jakiś
ruch artysty, do którego można się przyczepić i wyjechać z niebytu
politycznego. W tej dziedzinie rekordy bije LPR.
Ale
tak było zawsze, że na plecach indywidualności wyjeżdżali
nieudacznicy.
- To, co się odbywa obecnie w Polsce, to reakcja społeczeństwa, które
chce przynależeć do Zachodu. Zaanektowało dobra materialne, ale nie
chce uczestniczyć w aktywności intelektualnej, nie chce być zmuszane
do myślenia, bo wtedy idzie i głosuje na Leppera. A sztuka zmusza do
myślenia.
A
może ludzie w ogóle nie rozumieją słowa "sztuka"?
- W białoruskim języku nie ma słowa "sztuka" tak jak w
polskim czy w angielskim "art". Tam jest "mastactwa"
jako określenie każdej sztuki. O sztuce wyższej mówi się "wyjaulenczaje
mastactwa" i ten język białoruski, nietknięty wpływami
francuszczyzny czy angielszczyzny zachował słowa, które wszystko tłumaczą.
Artysta to ten, który kreuje, wyjawia. Ja na przykład łapię się na
tym, że zaczynam robić pracę, którą już dawno przemyślałem -
jestem pewny, że ona będzie wyglądać tak, jak to sobie zamierzyłem
- a potem okazuje się, że to jest infantylne i głupie. I nagle
zaczynam wchodzić na takie ścieżki, których nawet nie przeczuwałem.
I właśnie w tym jest mastactwa - wyjawienie.
Proszę
mi powiedzieć: czy jest coś takiego jak fenomen artysty Wschodu, człowieka,
który - skazany na Polskę C - jest zdeterminowany, żeby się wyrwać
z tamtego zaklętego kręgu niemożności? Domyślam się, że tu na ASP
w Warszawie, są takie osoby, bo w Krakowie tak. Pewnie zresztą w całej
Polsce...
- Ja mogę powiedzieć o swojej sytuacji. Dopiero od 1919 roku jesteśmy
kulturowo "oparci" o Warszawę. Wcześniej byliśmy
"oparci" o Wilno i Petersburg. I tak: pod Sokółką mieszkał
kompozytor Jan Tarasewicz, który skończył konserwatorium w
Petersburgu i Rachmaninow mógł spokojnie przyjeżdżać do jego małego
domku, w drodze dalej na Zachód. Centra są na Zachodzie, ale my
mieszkając na Wschodzie mamy element kreatywny, którym jest
wielokulturowość. Można szybciej i pełniej się rozwijać mieszkając
w małym miasteczku żydowskim, mając za sąsiadów Karainów, Rosjan
czy Niemców. Człowiek poznaje inną filozofię świata, znajduje wytłumaczenie
dla swoich wątpliwości i uprzedzeń. Ludzie w mocnej grupie,
zacietrzewieni patriotycznie, nie są w stanie doświadczyć realnej
rzeczywistości. Ja żyjąc w Waliłach jestem mniej związany z Warszawą,
a bardziej z Krakowem, bo z Gródka, gdzie mieszkam, jest cały ród
Chodkiewiczów, cała historia Wielkiego Księstwa Litewskiego,
ewangelia Zabłudowska i co najważniejsze - w Krakowie macie archiwum Młynowskich.
Jeszcze parę lat i ta sytuacja pryśnie, granice administracyjne stracą
na znaczeniu, znowu znaczenie będą mieć granice kulturowe, takie
jakie mieliśmy choćby między Poznaniem a Koroną. Spotykasz kogoś z
Austrowęgrów - ten człowiek jest otwarty i ciekawy świata, a kogoś
znów z Kongresówki i okazuje się, że to prymityw i buc.
Lepiej
zwiać do imperium?
- Imperia nie mają racji bytu. Nie można utrzymać wszystkich dróg do
Rzymu. Ameryka może działać tak spektakularnie, bo jest
wielokulturowa, znalazła pewną równowagę, złoty środek i nie ma
konkurencji w postaci Rosji...
...
ale Ameryce rosną pod bokiem Chiny.
- Tak, ale to Japończycy zaczęli po wojnie inwestować w sztukę. Oni
wiedzieli, że trzeba ściągać ludzi, dawać im możliwości twórczej
kreacji. Tego nie robią Chińczycy. Mogą zrobić lepszy samochód lub
komputer, ale to nie oni je wymyślają. Także sztuka amerykańska lat
50. nie rozwinęłaby się, gdyby nie ludzie tacy jak Andy Warhol.
Przecież to był Łemko, nazywał się Andriej Warhoła, mieszkał po słowackiej
stronie - widziałem listy, które pisała jego matka łacinką po rusińsku.
Nie zrozumiesz jego sztuki, jak nie zobaczysz, co robiła jego matka.
Jak kolorowała jego zdjęcie, kiedy miał 18 lat, jak haftowała
ubrania świętej rodziny i pomalowała dom w kurze łapki, jeszcze w
rodzinnej wsi Mikowa. Każdy z tych artystów, zanim dojechał do tej
Ameryki, czy to był Barry Newman, czy Rothko, czy Warhol, poznawał
najpierw nowe centra: Berlin, Paryż. A teraz to wraca do ich rodzinnej
Łomży, Dźwińska czy Mikowa - sztuka zatoczyła wielkie koło.
Czy
jest możliwe stworzenie takiego nowego, ożywczego prądu w sztuce?
- Tylko wtedy, gdy tu stworzy się ekonomiczne ku temu podstawy. To
nie tak, że w Paryżu nagle zbudowano wieżę Eiffla. Tam zrobiono
wystawę światową i była to manifestacja przemysłu, która wykreowała
nowe prądy w kulturze.
Sztuka
spełnia się teraz w technice?
- Najczęściej rzeczy techniczne mieszczą się już w definicji
kulturowości, także dlatego, że muszą być zaakceptowane przez
szereg osób i myślę, że nawet maszyny Leonarda nie przeszłyby
takich komisji - to dwa różne światy.
To
gdzie w tym wszystkim jest miejsce malarzy?
- Artyści mieli, mają i będą mieć to samo miejsce. Ludzie posługujący
się jakimkolwiek medium, czy farbą, czy piórem, czy komputerem -
nawet nie chcę mówić o jakimś medium, bo drażni mnie samo określenie
"nowe media" - będą zawsze forpocztą kultury, bo rozbijają
zastane schematy, co później kulturowość adaptuje wzbogacając swoje
potrzeby. Gdyby nie było nas z przodu, to ludzie nie wiedzieliby, że
"tam" można wejść...
Ale
nas społeczeństwo nie traktuje jak forpocztę kultury, jesteśmy
raczej postrzegani jako jednostki mało przydatne społecznie.
Oczywiście, ponieważ mieszkamy w konserwatywnym społeczeństwie, które
przejawia postawy fundamentalistyczne. Takie społeczeństwo ma
ograniczoną potrzebę akceptacji artystów i przez to bardzo dużo
traci, ponieważ z naszych umiejętności i intelektu korzystają
Francuzi, Niemcy czy Amerykanie. Co robi Romek Opałka we Francji? Co
robi Krzysiu Wodiczko w Nowym Jorku czy Kasia Kozyra w Berlinie? Teraz
jesteśmy w stanie przebudowy państwa i nie wykształciły się takie
elity intelektualne i państwowe, które doceniłyby sztukę, jako jeden
z ważnych elementów rozwoju i najtańszą reklamę Polski w świecie...
|
|
_3
(5!) 2003 GEO-grafia_
Pietra & Stein - tekst:
Zbylut Grzywacz.
Pełna wersja w *.pdf
(ok. 400 kB)
Archaeopteryx
lithographica to nazwisko i imię praptaka, którego niekompletny,
ale świetnie zachowany skamieniały odcisk znaleziono w 1861 roku w
kamieniołomie jurajskiego wapienia w Solenhofen w Bawarii. Waga tego
znaleziska była niezwykła, bo dowodziło niezbicie, że ptaki wywodzą
się z gadów - archeopteryks tyleż miał cech gadzich co i ptasich. Wśród
ptasich najistotniejsze okazało się to, że był pokryty piórami, co
nie przydarzyło się nigdy żadnemu gadowi, nawet latającemu jak
pterodaktyle, których nagie (a jeśli okryte, to łuskami) ciała i
nietoperzo-smocze błoniaste skrzydła każde współczesne dziecko
widziało w kinie na własne oczy.
Precyzyjne odciski piór zachowały się w wapieniu tylko dlatego, że
jego struktura jest niezwykle drobnoziarnista - to niemal sprasowany,
skamieniały puder. Wydobywana w Solenhofen skała znakomicie nadaje się
do prac litograficznych, a ponieważ litografia w XIX wieku była najważniejszą
z technik graficznych, nazwa gatunkowa praprzodka ptaków, lithographica,
nasunęła się odkrywcom i badaczom samorzutnie. Pierwsze zresztą
odwzorowania praptasiej skamieniałości i pierwsze rekonstrukcje
archeopteryksa właśnie na solenhofeńskim kamieniu litograficznym
zostały narysowane i poligraficznie rozpowszechnione.
W skałach wydobywanych dla celów artystycznych i drukarskich
znaleziono od początków eksploatacji nie tylko setki tysięcy
skamieniałych, doskonale zachowanych szczątków organicznych (m.in. w
roku 1877 natrafiono na drugi, tym razem kompletny okaz praptaka), ale i
setki tysięcy dzieł graficznych powstałych bez udziału artystów i
archeopteryksów. Mowa tu o słynnych od kilkuset lat dendrytach z
Solenhofen, opisywanych niegdyś jako skamieniałe mchy, paprocie lub
inne jeszcze szczątki roślinne. Nawet teraz - a może zwłaszcza
teraz, kiedy już od dawna wiadomo, że te drobiazgowe, delikatne
rysunki z życiem organicznym nic nie mają wspólnego - nadal uwodzi
czar, z jakim roztwory tlenków żelaza i manganu potrafiły, wciskając
się w szczeliny pomiędzy wapiennymi płytami i krystalizując tam,
rysować urzekające pejzaże leśne, perfekcyjne przedstawienia drzew,
krzewów, traw i filigranowych roślin. Manganowe dendryty można znaleźć
wszędzie, bo wszędzie jest woda niosąca w sobie cząsteczki związków
manganu, żelaza i innych minerałów i wszędzie czyhają na nią
szczeliny skalne wsysające ją łapczywie, ale takiej ilości i doskonałości
rysunków jak w Solenhofen próżno szukać nawet w Albertinie.
(Jeśli słowo dendryt jest dla kogoś obce, wystarczy przypomnieć
sobie z dzieciństwa, kiedy okna jeszcze bywały nieszczelne,
roziskrzone w styczniowym słońcu liście palm i paproci, jakie rysowała
na szybach okiennych zamarzająca para wodna zamieniając się w lód,
czyli "minerał" z grupy tlenków. To właśnie przykład
dendrytu - jednej z form, na które krystalografia dzieli sposoby występowania
w przyrodzie minerałów. W formie dendrytycznych kryształów występują
często samorodki srebra, złota i miedzi. Déndron to greckie
drzewo.)
Alberese,
drzewny - tak włoscy petrografowie określają pokrywający wzgórza
Toskanii kompleks wapienia kredowo-eoceńskiego, z przełomu ery
mezozoicznej i kenozoicznej. Najsłynniejszą jego odmianą jest pietra
paesina, kamień nazywany też marmurem toskańskim, marmurem
ruinowym, lub kamieniem pejzażowym. Pierwszy opisał "kamień
przypominający miasto z wieżami" jezuita Athanasius Kirchner, w
zatytułowanym Mundus Subterraneus, rozdziale wielkiego dzieła
przyrodniczego wydanego w roku 1664. Kamień pejzażowy był już wtedy,
od czasów Renesansu, znany i ceniony w Europie, używano go do wyrobu
przedmiotów dekoracyjnych, biżuterii i mozaik, często inkrustowano
nim meble i ołtarze. Cięty na cienkie płytki i polerowany zadziwiał
i zachwycał ukazującymi się na przekrojach malowniczymi krajobrazami.
Był ozdobą wielu książęcych, królewskich i biskupich gabinetów
osobliwości, szczególnie rozmiłował się w nim ród Medyceuszy. Nic
dziwnego, skoro wyłącznie w ich rodzinnych stronach, w okolicy
Florencji można było na niego natrafić. Niestety nie występował in
situ, w złożu, znajdowano jedynie rozsiane na przestrzeni kilkuset
kilometrów kwadratowych odosobnione, niewielkie bloki i bryły, dlatego
osiągał wysokie ceny, a miejsca znalezisk były pilnie strzeżone;
obszerna bibliografia dotycząca jego historii i poszukiwań pełna jest
sensacyjnych wątków.
Stanowiący niegdyś dno morza wapienny masyw nakrywający jak derka na
wielbłądzim grzbiecie toskańskie wzgórza, rozpadł się z czasem na
bloki, potem na kostki wielkości cegieł, które rzeki i deszcze zniosły
w doliny obtłukując po drodze, naruszając drobnoziarnistą, litą jak
kamień litograficzny strukturę drobnymi spękaniami, nurzając w
wilgoci, wreszcie grzebiąc pod ziemią, ale zbyt płytko, by były
bezpieczne. Rozdzielone na pojedyncze odłamki kamienie murszały, stawały
się łupem żarłocznej wody, która wsączając się mikroskopijnymi
spękaniami w stalowoszary wapień zawierający dużą ilość żelaza,
zamieniała je w rdzę, w ochrę. Kamień bronił się zaciskając swoje
wnętrze i czasem udawało mu się zachować nietkniętą ośródkę,
podczas, gdy peryferie żółkły i brunatniały bezbronne wobec ataków
wody. Z zewnątrz dodatkowo oblegały kamień tlenki manganu, zapuszczając
się w głąb i zakorzeniając w skalnym cieście krzaczastymi
dendrytami. Ocalałe szaro-błękitno-zielonkawe wnętrze stawało się
niebem krajobrazów, jego morzami i jeziorami - reszta wokół to złote,
rude i brunatne urwiska skalne, wąwozy, ruiny, porośnięte
gdzieniegdzie uschłą, czarną roślinnością. Krajobraz po przegranej
walce kamienia z niszczącą siłą płynącego wraz z wodą czasu.
Przed
laty, kiedy kolekcjonowałem kamienie i jeździłem na giełdy
mineralogiczne, przywiozłem z jednej z nich kilkanaście płytek pietra
paesina i dendrytów z Solenhofen, wymieniając je za odciski
oligoceńskich ryb z fliszu karpackiego okolic Jasła. Wystawione w
Galerii Osobliwości (od wieków ich miejscem były przecież gabinety
osobliwości) przyciągały uwagę i budziły podziw, a ja, mając chętnych
słuchaczy, często opowiadałem historie związane z kamieniami i tłumaczyłem,
jak powstawały obrazy pomiędzy warstwami skały lub w jej wnętrzu.
Zasady ich tworzenia się, choć w obu przypadkach związane z penetracją
wody w głąb kamiennych szczelin, były zgoła odmienne. Do malowania
pejzaży wewnątrz kamienia florenckiego woda używała zawartego w nim
żelaza, które przemieniała w jego tlenki i wodorotlenki, budując w
ten sposób własną paletę ziemi, w której dominowały ugry, umbra
naturalna i palona. Manganu do wykańczania szczegółów czernią nie
było wewnątrz kamienia, wybierając się więc w plener, woda musiała
zabierać go ze sobą. Manganem także, limonitem i hematytem kreowała
pejzaże w szczelinach wapiennych płyt w Solenhofen: lecz tu powstawały
jedynie rysunki, nie obrazy. Czerń, mroczna sepia i złocisty bistr układały
się w drobiazgowe studia roślin jakby rysowanych piórem, zapewne
archeopteryksa, na wapiennych płaszczyznach zbielałego ugru.
Lekcja rysunku w Bawarii i szkoła malarstwa toskańskiego. Linia i
plama rozdzielone za sprawą położenia geograficznego. Zajmujące z
punktu widzenia estetyki jest to, że mimo ikonograficznej bliskości
(wszak w obu przypadkach mamy do czynienia z krajobrazem) wyraz
malowanych, czy lawowanych pejzaży włoskich jest pełen północnego
dramatyzmu: ruiny i przepastne wąwozy, naga ziemia - coś z klimatu
C.D. Friedricha. A na północ od Alp powstały lekkie, prześwietlone słońcem
landszafty pełne roślinności - jakby zapuścili się tu florentczycy:
Perugino, Botticelli...
Może było tak dlatego, że w toskański wapień woda musiała wdzierać
się przemocą, gwałcąc go i rujnując, a bawarski wapień
litograficzny sam się ochoczo rozwarstwiał, jak karty w księdze
paleograficznej i wsysał kapilarnie wodę ciekaw jej możliwości
artystycznych. Sam był rzeźbiarzem, pracowitym twórcą masek pośmiertnych
stworzeń żyjących przed milionami lat.
Przyszedł
kiedyś do galerii mężczyzna, który poprzedniego dnia wysłuchał
mojej gawędy i powiedział, że po przemyśleniu wie, że to, co mówiłem
o pochodzeniu pejzaży, to nieprawda, bo to są kamienie fotograficzne.
Są światłoczułe, widziały te pejzaże, zapisywały w sobie. Ten z
Toskanii patrzył na skaliste wąwozy, ruiny miast, morze, wyspy na nim,
chmury nad nimi. Ten z Bawarii leżał na skraju lasu, obserwował rośliny
z bliska i z daleka. Oba przechowały naświetlone obrazy w ciemni
swojego wnętrza - widoczne są dopiero, jak po wywołaniu, kiedy
rozwarstwić lub rozciąć kamień. To jak wyciągnąć naświetloną
odbitkę z polaroidu.
Na nic zdały się moje tłumaczenia, że te pejzaże powstały bez
najmniejszej intencji mimetycznej ze strony natury, która tylko
egzekwuje swoje prawa i wypełnia swoje obowiązki, bo nie może
inaczej.
- Nie. Te kamienie patrzyły, widziały, zapamiętały, zapisały. Jeśli
fizyka i chemia, o których tyle się tutaj mówiło, brały w tym udział,
to jedynie tak, jak w mechanice aparatu fotograficznego i w chemicznych
procesach wywoływania. Nie przypadkiem plamy i linie ułożyły się w
tak realistyczne krajobrazy. To są odwzorowania istniejących w
rzeczywistości miejsc.
Byłem bezsilny, nie usiłowałem nawet argumentować, że w czasach,
kiedy latały archeopteryksy, nie było jeszcze miast i zamków, a także,
że dokładny, dendrograficzny opis zada kłam prawdziwości drzew z
Solnhofen. Widziałem w wyobraźni kostki marmuru florenckiego patrzące
wapiennymi oczami na kaniony i zrujnowane zamki, chłonące je w swoje
kamienne wnętrzności, widziałem wpatrzone uważnie w bliskie mchy i
odległe ściany lasu wapienie solenhofeńskie i zwątpiłem w sens tłumaczenia
chemiczno-mechanicznymi procesami rezultatów, które fascynują i budzą
zachwyt. Pomyślałem, że może trzeba uszanować to dwudziestowieczne
wyznanie wiary w arystotelesowską vis plastica - siłę twórczą
natury i cieszyć się, że są jeszcze tacy, którzy nie godzą się na
objaśnianie wszystkiego językiem współczesnej nauki. Wychodziłem z
galerii podniesiony na duchu, że nauce nie udało się jednak wytrzebić
wszelkich pozarozumowych prób odczytywania świata. Że prawdziwej
ciekawości nie zaspokoi podręcznikowe wytłumaczenie. Jeśli zaspokoi,
to miejsce oczarowania zajmie rozczarowanie - a jeżeli zniknie ciekawość,
oczarowanie i zdziwienie, to nie zostanie właściwie nic, dla czego
warto żyć.
Zbylut
Grzywacz - artysta malarz, eseista, kolekcjoner minerałów i skamieniałości,
profesor ASP w Krakowie, właściciel Galerii Osobliwości przy ul. Sławkowskiej,
w Krakowie. Zmarł 16 lipca 2004 w Krakowie.
|