|

|
|
_4
(13) 2005 FOTO-grafia_
Jerzy Lewczyński. Sztuka jest nieskończona - rozmawia:
Olaf Cirut.
Olaf
Cirut: Nie sposób zacząć inaczej jak od pytania: jak to się zaczęło?
Co spowodowało, że zajął się pan fotografią i trwa przy niej już
bez mała siedemdziesiąt lat?
Jerzy Lewczyński: Przed wojną ojciec kupił w Tomaszowie Lubelskim,
gdzie się urodziłem, aparat KODAK BB, czyli Baby Brownie za 12 i pół
złotego, wtedy - równowartość 12 kilogramów cukru. Mam go zresztą
do tej pory. Byłem gimnazjalistą i nosiłem ten aparat, żeby
zaimponować kolegom i robić jakieś przypadkowe, okolicznościowe zdjęcia.
Kiedy oglądam je po latach, myślę, że dzięki tamtym fotografiom
utrwaliłem część tego, co dotykało mojej fizycznej i psychicznej
egzystencji. Była to więc rodzina moich żydowskich znajomych, jakieś
sceny wiejskie, zagubione w krajobrazie wsie itp. Świat, który
bezpowrotnie przeminął. Losy tamtych ludzi zatrzymanych w obrazie
fotograficznym stanowią dla mnie do tej pory rodzaj wzruszenia i
modlitwy. Bardziej świadomie zacząłem zajmować się fotografią,
kiedy znalazłem w gazecie reklamę firmy Foto Greger z Poznania, od której
dostałem katalog: pełno aparatów, a do tego kurs dydaktyczny: jak
robić zdjęcia pod światło, jak fotografować chmury, jak wywoływać
itd. - to była moja pierwsza lekcja poglądowa. Mieszkałem wtedy w
Rachaniach koło Tomaszowa i miałem starszego o dwa lata przyjaciela -
Felka Łukowskiego z Siemnic. Felek miał pewną łatwość kontaktu z
ludźmi na wsi, a ja, choć byłem na wsi wychowany i tamtejsze realia są
mi doskonale znane, to np. panicznie bałem się krowy. Wspólnie robiliśmy
zdjęcia, które potem wywoływaliśmy przy naftowej lampie owiniętej
czerwoną bibułką. Właśnie "odgrzebuję" ten materiał i
jeżeli album z jego fotografiami powstanie, to uratujemy niezwykłą
przeszłość…
Proszę
opowiedzieć o swoich mistrzach i przyjaźniach, które zapoczątkowały
okres w pełni świadomej drogi artystycznej…
Gliwice w swoim czasie były bardzo otwarte na kulturę, a my mieliśmy
jakiś instynkt życia towarzyskiego. Otóż w roku 1951 w Gliwicach
powstało Polskie Towarzystwo Fotograficzne, które zyskało od razu
wysoką renomę, ponieważ zorganizowały je osoby ze Lwowa, Wilna i
Warszawy, związane ze starą przedwojenną szkołą fotografii
polskiej. Nasze chaotyczne z początku działania udało się jakoś
ukierunkować na dyskusję, poszukiwanie formy, rozpatrywanie
kompozycji, jakości technicznej itp. Formowanie się ruchu fotografii
amatorskiej było bardzo żywe. Spotykaliśmy się, najpierw na zapleczu
jakiegoś klubu, potem już we własnym lokalu… Te spotkania były
ujściem dla emocji, enklawą, niszą pełną dyskusji i sporów. Starsi
koledzy przekazywali nam masę informacji dotyczących środowiska,
technik, historii - my tym autentycznie żyliśmy. Było to dość
hermetyczne środowisko, nieco estetyzujące, jednak ci starsi koledzy
nie mieli tej siły destrukcyjnej, która podchodzi z rezerwą do nowości.
Nie zapominajmy, że był to okres eksperymentów - daleko idących
poszukiwań abstrakcyjnych i czysto formalnych. "Na stanie" był
epidiaskop, więc organizowaliśmy wieczory poświęcone ocenie zdjęć.
Poddawało się je krytyce anonimowo, zatem każdy śmiało oceniał
kolegów. Kiedy w 1953 roku wyszedł 1 numer pisma
"Fotografia", zaczął się dla każdego z nas okres pełnej
"penetracji" środowiska. Tak się złożyło, że na wystawę
Krok w Nowoczesność 1957, w Poznaniu wysłaliśmy zdjęcia m.in. Beksiński,
Schlabs i ja. Schlabs potem do mnie napisał, że koniecznie musimy się
spotkać na przykład w Krakowie, we trójkę - po tym kontakcie okazało
się, że doszło do czegoś w rodzaju porozumienia dusz. Szczególnie z
Beksińskim, który także był pełen rezerwy, nastawiony do życia
labilnie, relatywnie do wszystkiego. Nasze dyskusje cechował namysł i
refleksja. Zorganizowaliśmy tzw. Pokaz Zamknięty, który dezorientował
wielu bardziej estetyzująco nastawionych kolegów. Wychodziliśmy z założenia,
że fotografia nie zna granic. To był okres, w którym, zacząłem robić
moje zestawy (ciągi fabularne).
Dla
takiej wolnej twórczości te czasy musiały być niewdzięczne?
We wczesnych latach 50. nie można było swobodnie tworzyć, tym
bardziej w klimacie entuzjazmu dla nostalgii, fotografii pejzażowej Bułhaka,
którego wszyscyśmy doskonale znali i cenili, a jego twórczość i miłość
do ojczyzny była rzeczą szalenie dla nas budującą. Pamiętam pewne
wydarzenie surrealistyczne w swej wymowie, ale dobrze oddające ówczesnego
ducha. Był taki fotografik Liwski, który na jednej z wystaw
Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego zaprezentował pracę, pt. Orka
przed burzą - jakiś rolnik orze ziemię, chmury na horyzoncie jak u
Ruszczyca… I tak się złożyło, że przyszedł na tę wystawę
ktoś z partii i mówi: "Wicie… no… tego…, orka
bardzo ładnie… ale teraz mamy traktory… wicie, ktoś
przyjedzie z Komitetu… No nie da rady Towarzysze, trzeba by zmienić
tytuł…". Zatem zmieniliśmy na: Stary typ orki przed burzą.
Te nasze działania zawsze przypominały zabiegi cyrulika czy
sztukmistrza, jakichś nieszkodliwych wariatów.
Czy
to okres, w którym rozpoczął pan tworzyć tzw. Antyfotografię?
Tak! Był to okres mojego sprzeciwu i zdziwienia faktem powstawania
fotografii łagodnej, estetycznej, "piękna tworzonego dla piękna".
Trauma wojny i zakłamania lat 50. nie mogły być usprawiedliwieniem
dla tego rodzaju twórczości. Nasze ówczesne działania znany
katowicki krytyk Alfred Ligocki nazwał Antyfotografią, bo rzeczywiście
tematy były surowe, monotonne, antyestetyczne, np. praca Zagubione słowa
(zdjęcie kalki maszynowej). Coś podobnego współcześnie robi Opałka.
Ja także, codziennie od trzydziestu lat zapisuję na drobnych
karteczkach sprawy, które muszę załatwić: wystawy, telefony, zakupy,
pasta, wódka, masło - mam już tego cały wór. Oczywiście, to nie
jest praca, którą można zakwalifikować w kategoriach dzieła, to
raczej działanie - spełnianie się życia w kategoriach działania,
codziennych prozaicznych czynności. Element wielości, masy… to
zajmuje wielu współczesnych artystów.
Rzeczywiście,
nieżyjący już Roman Cieślewicz powiadał, że w szczególny sposób
działała na niego masa. Opowiadał o masie sztukasów, które widział
na niebie, kiedy miał kilka lat, czy o masie gazet, którymi paryżanie
zarzucają śmietniki w poniedziałek rano.
My ciągle poszukiwaliśmy nowych obszarów do kreacji. To były próby
z "teatrem fotografii", antyfotografią… Nie można robić
sztuki, wykonując jedno zdjęcie. Trzeba wyczuć tę skalę… albo
mieć niewiarygodną siłę przekonywania. Myślę, że wiele z tamtych
fotografii broni się i współcześnie. Ja prawie codziennie dokumentuję
zmiany zachodzące w warstwie, powiedziałbym, przestrzeni społecznej i
podobny typ myślenia odnajduję np. na billboardach reklamowych. Żyjemy
w czasach, kiedy pojedynczy człowiek jest tylko śrubką w trybach
codziennej egzystencji, żyje instynktownie, ma określony zasób
wiedzy, która zaspokaja podstawowe potrzeby, ale nic ponadto… z
przerażeniem zauważam, że wielu młodych ludzi nie ma obecnie żadnych
zainteresowań.
Jak
uchronić tę pamięć o przeszłości w czasach, w których większość
społeczeństwa doskonale się obchodzi bez jakichkolwiek doznań
kulturalnych, o sztuce nie wspominając?
Przede wszystkim naród musi mieć szacunek dla wartości kultury, musi
to mieć wpojone. Myślę, że mogłoby to funkcjonować na zasadzie Społecznej
Służby Historycznej. Ilu znakomitych ludzi przyjechało na Śląsk z
całego świata - poumierali, nikt o nich nie wie. Nasze pokolenie
wyniosło z domu przeświadczenie, że ta miłość do człowieka,
ojczyzny, dóbr materialnych, które utrwalają pamięć pokoleń, jest
czymś najważniejszym. Bez pamięci o przeszłości nie ma przyszłości.
Najprostszy przykład: umiera jakiś fotograf amator - niechby rodzina
zapakowała jego zdjęcia, negatywy, drobiazgi związane z pracą do
koperty i wysłała na adres, np. Instytutu Pamięci Narodowej w
Warszawie i żeby poczta przyjmowała te paczki za darmo. To wszystko by
ocalało, a za sto lat mogłoby stać się sensacyjnym dokumentem czasów.
Kiedyś w Nowym Jorku, wychodząc z domu, w którym mieszkaliśmy z
kolegą, zobaczyłem kupę śmieci, a w niej koperty Kodaka… Okazało
się, że w środku są negatywy. To był jakiś "teatrzyk":
zaplecze, sprzęty i aktorzy, którzy inscenizują scenki, a przy tym
uprawiają (chyba) gwałtowny seks… ja oczywiście nie jestem
historykiem, zbieram te rzeczy dla zachowania ciągłości pamięci,
dokumentacji, która może przydać się innym i być dla nich inspirująca.
Przyjaźnił
się pan także z Zofią Rydet, jaką była osobą?
Zosia Rydet była wspaniałą kobietą i znakomitym fotografem. Ona
pracowała i mieszkała w tym czasie w Bytomiu [lata 50. - przyp. red.].
Miała taki sklepik z galanterią papierową i zabawkami. Pewnego razu
zobaczyła ogłoszenie, że w Gliwicach jest Towarzystwo
Fotograficzne… i przyjechała na jedno z cyklicznych zebrań. Była
kobietą bardzo atrakcyjną, pełną wigoru, co zwłaszcza na panach
robiło spore wrażenie. Miała taką łatwość wchodzenia w różne środowiska.
Nazwałbym to "imperatywem wejścia". Niezwykle pracowita -
wykonywała ogromną liczbę fotografii. Była osobą odważną,
bezkompromisową, a nawet dość kontrowersyjną, jeżeli chodzi o
sposoby, jakimi się posługiwała, żeby zrobić jakieś zdjęcie. Pamiętam
taką sytuację: zajeżdżamy kiedyś na biedniutkie podwórko, a tam
siedzi dwoje staruszków, obdartych i boso. Pytają nas z przerażeniem:
"A co to? Co się dzieje…? - Zosia mówi: - Będziemy robić
zdjęcia. - Jak to zdjęcia, po co, dlaczego…?, A Zosia im na to:
- Dla papieża! Papież będzie je oglądał…". Jak widać
czasami metoda uświęca środki - powstawał wtedy wspaniały album
Obecność i pamięć o tych dwojgu staruszkach została utrwalona na
wieczność. Był okres, kiedy bez przerwy jeździliśmy po całej
Polsce szukając motywów, tematów, ludzi itd. Bardzośmy się przyjaźnili.
Kiedy ona robiła zdjęcia wewnątrz, ja fotografowałem te słomiane
strzechy, sprzęty, przeróżne sytuacje na zewnątrz, a potem na przykład
wymienialiśmy się uwagami. Teraz z perspektywy czasu myślę, że
rzeczywiście były to wyprawy w poszukiwaniu ginącego świata uczuć i
wyobraźni - nawiązując do cyklu prac Zosi…
Zofia
Rydet znalazła bardzo osobisty sposób artystycznej wypowiedzi, jej
styl jest powszechnie rozpoznawalny. Czy miałby pan radę dla młodych
ludzi parających się fotografią, jak szukać swojej tożsamości
artystycznej?
Personifikując fotografię, tzn. wykonując zdjęcia, które odróżniają
moje spojrzenie od pozostałych - muszę mieć przeświadczenie o celowości
tego aktu. Obraz musi mieć cechy identyfikujące artystę, te cechy
powinny być pochodną jego przekonań, nastrojów. Jeżeli dzisiejszy
twórca, nawet najbardziej ekstremalny, zachowa możliwość
identyfikacji w swoim dziele, to utrwali je w świadomości odbiorcy na
zawsze. Im wcześniej fotograf określi swój język wypowiedzi
artystycznej, tym bardziej jego dzieło obrasta w znaczenia i
uniwersalizuje swą formę przekazu. Sztuka jest nieskończona. Być może
w końcu przewali się ten świat reklamy, komercji, banalnej papierowej
rzeczywistości i wrócimy do zwyczajnego zachwytu światem. Musi być
transmisja między tym, co myślę, co pokazuję, co oceniam, a nie
tylko ekspozycja tego, co piękne, co budzi sensację… Dlatego
jestem daleki od potępiania działań takich jak wystawa Piotra Uklańskiego,
pt. Naziści, podczas której pokazał fotogramy znanych aktorów w
nazistowskich mundurach. Zastanawia
mnie jedynie, jak on potrafi przekonać sponsora i pozyskać pieniądze
na swoje projekty…
Czy
używa pan aparatu cyfrowego?
Nie mam aparatu cyfrowego, mam tylko aparat analogowy Pentax, zupełnie
mi wystarczający, ale jestem entuzjastą fotografii cyfrowej. Nie
jestem żadnym ortodoksem i uważam, że jest to znakomita metoda
rejestracji rzeczywistości na bieżąco. Znam oczywiście fotografów,
którzy twierdzą, że to skandal naruszać strukturę bromu, ale to
jest wspaniałe, że można iść do automatu, zrobić odbitkę i
powiesić ją od razu na ścianie.
Podziwiam
ogrom pańskiej pasji - to zaangażowanie jest wręcz jakimś szalonym
przeciwieństwem wyobrażeń o powszednich zajęciach starszego człowieka.
Jak pan to wszystko ogarnia?
[śmiech] Wie pan, jak patrzę na te regały pełne fotografii, dokumentów
i książek, to zastanawiam się, czy ta moja praca w ogóle ma sens.
Fotografia ma nie tylko wymiar artystyczny czy też dokumentalny, ale to
jest taka trzecia ręka człowieka, która sięga w głąb ludzkiej
historii, wyciągając stamtąd różne byty istotne dla przeszłości,
jak i dla przyszłości. To są bardzo indywidualne emocje. To
zbieractwo zdjęć, gazet, wycinków, pamiętników buduje moją świadomość.
Czasami te rzeczy nabierają niemal magicznego znaczenia, proszę
zobaczyć - to są przeze mnie znalezione, porzucone negatywy opisujące
zwyczajne sprawy: radość, smutek, często tragedie, ale nade wszystko
mistyczną tajemnicę losu ludzkiego. Zawsze zwracałem uwagę na rzeczy
banalne, które opisują historię człowieka bez pokazywania tego człowieka.
Jego przybory, środowisko, wnętrza… odnajduję te strzępki pamięci,
a kiedy słyszę, że odszedł kolejny fotograf, to staram się dotrzeć
do jego spuścizny i zachować ją dla potomnych. Robię to z szacunku
dla tych zaprzeszłych bytów. Bez nich nie byłoby nas…
|
|
_4
(13) 2005 ARCHI-grafia_ Krzesła
- pomniki - tekst: Piotr Winskowski
Dorośli
i dzieci z pakunkami i z krzesłami, stłoczeni, stojący i idący gęsiego
na niemych filmach, współczesnemu odbiorcy kojarzą się z jakąś
surrealistyczną akcją - swoistym "ukrzesłowieniem". Ich
los, znany nam dzisiaj, czyni z ich ówczesnych działań, zapobiegliwości,
zaradności, starań o utrzymanie, z logistyki kolejnych przeprowadzek
niemy film grozy, narastającej mimo widocznej na kliszy żywotności i
ruchliwości. Są już skazani, choć jeszcze żywi.
4 grudnia 2003 roku rozstrzygnięty został konkurs architektoniczny,
zorganizowany przez Urząd Miasta Krakowa, na zagospodarowanie i uporządkowanie
placu Bohaterów Getta. Konkurs wygrał projekt autorstwa Piotra
Lewickiego i Kazimierza Łataka*. Realizacja ma zostać ukończona do końca
2005 roku. Warto przyjrzeć się nie tylko uporządkowaniu i
zagospodarowaniu, ale także aranżacji całego placu jako pomnika -
jego artystycznym i architektonicznym elementom.
Zamiarem organizatorów konkursu było - poza rozwiązaniem kwestii
komunikacyjnych, nawierzchni i infrastruktury; funkcji, które plac spełnia
źle i które degradują go do roli przesiadkowego przystanku
autobusowego - poświęcenie tej przestrzeni pamięci tragicznych
wydarzeń z czasów drugiej wojny światowej. Plac ten - centrum ówczesnego
getta - był miejscem, skąd od 1941 roku zaczynała się ostatnia droga
jego mieszańców.
Na powierzchni wyłożonej brukową kostką ustawione zostanie w
regularnym rytmie 70 krzeseł-rzeźb. Powstały one przy współpracy z
Karolem Badyną (w fazie rzeźbiarskiego uformowania) i z Markiem
Suchowiakiem (w zakresie parametrów ergonomicznych).
Pomysł ten jest materializacją obrazu utrwalonego we fragmentach
wojennych kronik filmowych, przedstawiających permanentne przeprowadzki
mieszkańców getta: najpierw sprowadzanych na jego teren, potem
dodatkowo szykanowanych koniecznością przeprowadzania się w jego obrębie,
wreszcie gromadzonych na tym placu po drodze do obozu zagłady. Dorośli
i dzieci z pakunkami i z krzesłami, stłoczeni, stojący i idący gęsiego
na niemych filmach, współczesnemu odbiorcy kojarzą się z jakąś
surrealistyczną akcją - swoistym "ukrzesłowieniem". Ich
los, znany nam dzisiaj, czyni z ich ówczesnych działań, zapobiegliwości,
zaradności, starań o utrzymanie, z logistyki kolejnych przeprowadzek
niemy film grozy, narastającej mimo widocznej na kliszy żywotności i
ruchliwości. Są już skazani, choć jeszcze żywi.
Obraz drugi, nie utrwalony na żadnym filmie, został zapamiętany i
opisany przez jednego świadka, Tadeusza Pankiewicza, Polaka prowadzącego
w gettcie aptekę "Pod Orłem". To stan, gdy po żywych
ludziach pozostały tylko martwe przedmioty. "Na placu Zgody
niszczeje nieprzeliczona ilość szaf, stołów, kredensów i innych
mebli, przenoszonych nie wiadomo już po raz który z miejsca na
miejsce". Plac jako początek ostatniej drogi, jako miejsce
rozstrzeliwań tych, którzy się do tej drogi nie nadawali, i jako
tymczasowy skład ruchomości pozostawionych przez jednych i drugich -
te wydarzenia, tragedie mieszańców i ofiar getta upamiętnione zostały
poprzez przywołanie rekwizytów. Ich przenoszone, gromadzone i
rozpraszane meble zyskały w ten poetycki sposób rangę reprezentacji
swoich nieobecnych właścicieli.
Krzesło to mebel szkieletowy, ażurowy, a więc zarówno dosłownie,
jak i wrażeniowo lekki. Dzięki temu nawet nieco powiększony nie będzie
odbierany jako zbyt masywny, nie będzie zasłaniał placu, jak obecne
tam do niedawna kontenery czy kubły na śmieci. Szkielet krzesła
przypomina trochę wypreparowany szkielet zwierzęcy, jeżeli nawet
budzi skojarzenie ze śmiercią (organizm, do którego należał był
kiedyś żywy), to skojarzenie to jest przefiltrowane, bardziej domyślne
niż oczywiste. Szkielet odbierany jest jako "czysty" składnik
organizmu (bardziej mineralny niż organiczny), mniej dosłownie odsyłający
do śmierci niż - ulegające rozkładowi zwłoki.
Istotna jest tu też symbolika krzesła, funkcjonująca w kulturze od
pradziejów. Krzesło to przede wszystkim tron: symboliczne miejsce
panowania, jako takie reprezentujące władcę - w angielskim
parlamencie deputowani do dziś kłaniają się pustemu tronowi królowej,
jak gdyby osobiście uczestniczyła w obradach. W skromniejszej wersji
to mebel własny, podkreślający status właściciela, jego prawo do
zasiadania w danym miejscu - zwłaszcza u siebie w domu, to przedmiot
(także dosłownie) najbliższy ciału.
Tym bardziej dramatyczny obraz przedstawia krzesło na ulicy, wyniesione
z domu, przemieszczone - w drodze na śmietnik. Prowadzi myśl ku losom
swego właściciela, też bezlitośnie przemieszczanego, poniewieranego
w drodze ku śmierci. Zatem nie ma potrzeby rekonstruowania wszystkich
mebli i sprzętów wymienianych przez Tadeusza Pankiewicza. Krzesła są
najbardziej nośne ideowo. Tym bardziej że poddane zostały
kompozycyjnym rygorom pomnika, który oddziałuje poprzez swoje środki
wyrazu, a nie archeologiczną rekonstrukcję chaotycznego układu sterty
porzuconych mebli.
Na placu Bohaterów Getta krzesła-pomniki zaprojektowano w świadomie
nienaturalnym porządku, w rytmie, który nazwałbym urbanistycznym, a
nie w przypadkowym układzie sterty mebli wyrzuconych na ulicę. Rytm
ten nawet, jeżeli na pierwszy rzut oka wygląda na nieoczywisty,
wykazuje jakąś zasadę obowiązującą w większej skali: jego
elementy składowe postrzegane są jako przedmioty uliczno-placowe, a
nie pokojowo-wewnątrzmieszkalne. Porządek, jaki ten rytm tworzy,
wskazuje na to, że krzesła znajdują się nieprzypadkowo na placu, że
nie są powtórką sceny z lat wojny. Moduł taki upodabnia je do słupów
latarni ulicznych, ławek w parku, głazów w Stonehange czy kamiennych
głów na Wyspie Wielkanocnej. Te ostatnie, choć nie wiemy dlaczego je
wyrzeźbiono, czytelnie pokazują, że ich wzajemne ułożenie jest
celowe. Widać, że stoją w takiej odległości od siebie, w jakiej
"powinny stać" ze względów kompozycyjnych: na tyle blisko,
że tworzą grupę, a z racji swojej nadnaturalnej wielkości na tyle
daleko, żeby każdą odebrać jako odrębny pomnik.
Podobnie jest z krzesłami i z ich funkcją symboliczną. To są pomniki
krzeseł - na których można też usiąść tak, jak wycieczki okupują
cokół kolumny Zygmunta w Warszawie. Przysiadamy się do duchów tych,
którzy używali pierwowzorów tych krzeseł.
Ów urbanistyczny układ jest kilkakrotnie zakłócany z ważnych powodów.
Np. jedno krzesło zwrócono w stronę zaułka, gdzie Niemcy
rozstrzeliwali tych, którzy nie nadawali się do transportu. Zaułek
ten jest istotny dla wtajemniczonych, którzy wśród odpadającego
tynku dopatrzą się, czytelnych do dziś, śladów po kulach.
Stąd za tak trafny, uważam, wybór tego jednego rodzaju mebla jako
punktu wyjścia dla aranżacji placu oraz pewien stopień umowności w
jego zastosowaniu: materiał - odlew z brązu, a nie przytulne drewno;
jego typ (model) - krzesło bez poduszki, tapicerki; jego twardość -
uzasadniona odpornością na warunki atmosferyczne i wandali, ale też
pozwalająca zachować "szkieletową" czystość kształtu i
wrażeniową lekkość.
Mimo kilku zrealizowanych w ostatnich latach plenerowych aranżacji
krzeseł jest to dzieło oryginalne przez powściągliwy i jednocześnie
trafiający w sedno sposób zilustrowania dramatu, przez wybór i sposób
przywołania rekwizytu bogatego w ponadczasowe, kulturowe konteksty,
radykalnie zakwestionowane przez ten dramat. Upamiętnienie ludzi, którzy
w tak nędznych warunkach żyli i tak upokarzających umierali, każe
zaniechać realistycznego rekonstruowania w pomniku ich postaci czy dosłownych
okoliczności ich śmierci. Zastosowany tu zabieg, właściwy dla tego
placu, utrwala w brązie pewien aspekt przejściowego stanu z czasu
wojny, pozostawiając inne aspekty tego stanu duchowemu wysiłkowi
odwiedzających. Przez powtórzenia i geometryczny rygor, przez znaczny
obszar, który zajmuje, wpisuje się w strategie upamiętniania
stosowane już wobec ofiar masowych eksterminacji - jak pomnik na
terenie obozu w Treblince (zrealizowany w l. 1958-1964, Franciszek
Duszenko, Adam Haupt i Franciszek Strynkiewicz), a ostatnio - pomnik
pomordowanych Żydów Europy w Berlinie (zrealizowany w l. 1998-2005,
Peter Eisenman). Tworzy środowisko pamięci, do którego nie prowadzi
jedna droga, lecz wiele "wejść" i które tym samym przenika
się z dzisiejszym życiem. Podobnie jak uświadomienie sobie rozmiarów
i mechanizmu tej zbrodni następuje stopniowo i suche statystyki nie są
tu najskuteczniejsze, tak zwielokrotnienie się w polu widzenia
niby-normalnych, niby-neutralnych elementów, zatapia widza w
pobojowisku: nie tylko wśród mebli w Krakowie, głazów w Treblince
czy betonowych prostopdłościanów w Berlinie, ile w pobojowisku ludzkości,
moralnie zranionej przez tę zbrodnię; wśród wyrachowanej sekwencji
działań i propagandy, która kolejnym etapom eksterminacji dawała pozór
racji, nieodwołalności czy historycznej konieczości… a niewinne
pierwotnie zachowania (np. spis ludności), wprzęgła w chorą logikę
Zagłady.
Uniwersalne przesłanie dotyczy najogólniej i przede wszystkim człowieka:
to człowiek mieszka, człowiek ma prawo do swojego miejsca na ziemi, do
swojego domu, do odgrodzenia tego domu i swoich prywatnych spraw. To nie
jest kwestia wystawienia mebli na ulicę, jak pokazują to dzisiejsze
telewizyjne reportaże na temat eksmisji. Tu chodzi o to, że nie wolno
człowieka pozbawiać tego miejsca w sensie najogólniejszym (niszczyć
domu) i ostatecznym (zabijać). Opuszczone krzesło (jako nawet
najskromniejszy tron, i jako miejsce na ziemi, siedziba) przypomina
nieobecnego człowieka, skoro pozbawiono go miejsca życia, a nawet
grobu. Nic już na to dzisiaj nie poradzimy. Możemy tylko pamiętać.
|
|
_2/3
(11/12) 2005 -grafia_
Brokatowe podomki - tekst:
Sylwia Derwisz.
Pełna wersja w *.pdf (ok.
300 kB)
Glamour
to czar, piękno i splendor. Glamour to wyjątkowo urodziwy chłopiec
lub wzbudzająca zachwyt dziewczyna. Być glamour to być księżniczką
balu, która nigdy nie gubi korony. Złoto, tiulowa sukienka, równe zęby
i pewność siebie. Wszystkie chcemy być glamour. Wszyscy chcą, żebyśmy
takie były.
Najnowszy
pokaz haute couture. Paryż. Święto mody, które przypada na kolejne
pory roku. Nowy sezon, nowe trendy i wzorce bycia piękną. Styl na
"Krystel Carrington" - złoto, klasyczne fryzury; styl na
etniczną hippiskę - długie włosy, długie sukienki. Styl na uległą,
styl na romantyczną, styl na femme fatale. Mnogość wzorców, z których
nic nie wynika.
Jedziemy
do Japonii. W Tokio, na północ od Shibuya, zatrzymujemy się w glamour
dzielnicy - Harajuku. Kluby, butiki, sklepy z dodatkami zadrukowanymi
wizerunkami bohaterów kreskówek. Idące ulicą dziewczyny są
odzwierciedleniem marzeń nastolatki: być taka jak Hello Kity, być
taka jak Czarodziejka z Księżyca. Być hawaii, milusia. Gwen
Stefani na swojej solowej płycie niemalże w każdym utworze składa hołd
"Harajuku girls", które są dla niej inspiracją i radością.
Złośliwi powiedzieliby: maskotką. Gwen jest glamour, ponieważ ma swój
wyrazisty styl i doskonale potrafi łączyć erotykę z uliczną modą młodzieżową.
Gwen jest glamour, ponieważ ma klasyczną urodę przedwojennej gwiazdy
kina (w filmie Martina Scorsesse Aviator wciela się w postać
Jean Harlow). Wszystkie chcemy być Gwen.
Wzorce
kobiece w kulturze masowej istnieją od zawsze. Wzorzec kobiecy to
forma, w którą każda kobieta powinna się dopasować - dla własnego
dobra. Nie istnieje pozornie żaden przymus, aby proponowane przykłady
kobiet idealnych traktować poważnie. Jednak odrzucając je, musimy
liczyć się z ryzykiem. Kobieta, która nie postępuje według
proponowanych jej reguł, stawia się poza kulturą. Uchylanie się
przed postrzeganiem siebie przez pryzmat cielesności, indywidualizm i
próba samodzielnego decydowania o swoim życiu - to wyjątkowy luksus.
Ceną za ten luksus jest marginalizacja.
Tytuł
książki Naomi Wolf: The Beauty Myth (Mit urody) zamieniany jest
czasem na Terror piękności. Kobiety są wręcz terroryzowane przez
obrazy idealnych ciał i różne "instrukcje obsługi". Wzorce
kobiecości narzucane są przez magazyny, muzykę, teledyski, reklamy,
filmy, sztukę, społeczeństwo i kulturę. Właściwie z każdej strony
podsuwane są kobietom różne normy, które w praktyce trudno spełnić.
Sytuacja taka rodzi problemy emocjonalne i zdrowotne. Nerwica, depresja,
zaburzenia w odżywianiu (bulimia i anoreksja) oraz chorobliwe dbanie o
swój wygląd to skutki narzucanej kobietom dyscypliny. Wzorce pozwalają
kontrolować kobietę i konstruować jej tożsamość.
Wzorzec
to rodzaj tresury czy raczej efekt działania rynku, który musi co jakiś
czas zawładnąć świadomością konsumentek, aby zmusić je do
kupowania?
Odpowiedź
możemy znaleźć częściowo w zjawisku kulturowym, jakim jest Madonna.
Piosenkarka, aktorka, pisarka, biznesmenka i wydawczyni płyt innych
wykonawców. Ikona kultury popularnej. Absolutnie glamour.
Madonna
jest idolem materialistycznego, kapitalistycznego świata. Jej żywioł
to masowy rynek i rosnące zapotrzebowanie na wciąż nowe wzory. Wzory
te zmieniają się szybko, ale pozostają zasadnicze ramy wizerunku:
odpowiedni wzrost, regularne rysy twarzy oraz szczupłe, wręcz chude
ciało. Masowy produkt trafia na rynek w wielu wersjach: każdy może
wybrać coś dla siebie.
Na
jednej płycie Madonny występuje kilka kobiet w paru odsłonach. Mamy
blondynkę, brunetkę, zakochaną, zdradziecką… Mamy również różne
style muzyczne, zawsze nowatorskie i wyprzedzające swój czas. To samo
dotyczy Madonny jako kreatorki trendów. Zawsze jest kilka kroków przed
projektantami, wizażystami i poszukiwaczami nowości.
To
Madonna decyduje, co będzie się nosiło i czego będzie się słuchało
w danym sezonie. A kiedy już ruszy masowa machina przemysłu
rozrywkowego - piosenkarka porzuca swój dotychczasowy wizerunek na
rzecz innego, równie wymyślnego. Trudno jest więc interpretować nowe
wcielenia artystki jako świadectwa czasu; wygląda raczej, jakby to
Madonna kształtowała rzeczywistość, a nie odwrotnie. Można
dostrzec, jak manipuluje zbiorową świadomością. Jeśli postanowiła
wystąpić jako kowbojka, to nie dlatego, że jest to w danej chwili
"trendy", ale po to, by zainspirować magazyny poświęcone
modzie, które jej śladem zaczną lansować kapelusze z rondem, dżinsy
ze skórą czy buty z czubami.
Nie
jest ważne, czy nad wizerunkiem gwiazdy pracuje cały sztab
profesjonalistów, czy też sama artystka ma coś do powiedzenia na
temat ról, w które być może będzie się wcielać. Odbiorcy dostają
konkretny obraz, a wraz z nim komunikat - oczywisty lub ukryty.
Ciała
kobiet występują w reklamach samochodów, żywności, na okładkach
pism i jako ozdoby ekskluzywnych przyjęć. Muszą być atrakcyjne, żeby
zadowolić gusty otoczenia. Młode, jędrne i szczupłe. Powinny być
elastyczne i skłonne do zmian. Jeśli trzeba w danym sezonie ubierać
się w krótkie spódniczki, zdyscyplinowane ciało musi się do tego
dostosować. To samo dotyczy zmiany fryzury czy wymiarów. W
przyswajaniu sobie trudnej sztuki budowania wizerunku mają pomagać
pisma kobiece. W pismach tych można znaleźć porady dotyczące zarówno
psychologii i rodziny, jak też urody czy mody. Zamieszczane są tam
reklamy i informacje dotyczące kosmetyków i produktów przeznaczonych
do pielęgnacji ciała, stężona dawka wiadomości o tym, co należy i
czego nie wolno robić. W związku z dominacją kultury wzrokowej nad
kulturą słowa drukowanego, w pismach przeważają od jakiegoś czasu
ilustracje. Wizerunki ciał są powielane i przekazywane odbiorczyniom w
przytłaczającej ilości. Realne ciała kobiet nie wytrzymują tej
konkurencji, choć wiadomo, że większość zdjęć pokazujących
modelki jest przetwarzana komputerowo.
W
pismach dla kobiet obraz ciała jest podzielony, fragmentaryczny. Każdej
jego części poświęcono artykuł i oddzielną instrukcję obsługi.
Czasami dla ułatwienia zamieszczane są wytyczne "krok po
kroku". Do nich również dołączone są zdjęcia. Porady często
brzmią jak nakazy czy rozkazy. Depilacja, maseczki czy manicure to
obowiązek, przed którym nie da się uciec. Wybór istnieje tylko w
sferze materialnej. Doskonała konsumentka, a taką jest wzorcowa
adresatka pism kobiecych, może dokonywać wyboru między różnymi
kolorami lakieru do paznokci, ale już nie co do tego, czy wieczór spędzić
na czytaniu książki, czy w solarium. Pisma kobiece tworzą iluzję świata,
w którym kobieta staje się swoim ciałem. Z jednej strony jest ono jej
kolejnym, obok dzieci i pracy, obowiązkiem. Z drugiej - ciało to
podstawa zdefiniowania tożsamości. Od dzieciństwa trzeba uczyć się
kontroli i obsługi swojego wyglądu. Dziewczynki od najmłodszych lat są
przysposabiane do bycia ładnymi i dlatego identyfikują się o wiele
intensywniej ze swoim wyglądem niż mężczyźni. W pracy Zbigniewa
Libery z roku 1987 Jak tresuje się małe dziewczynki? kamera
wideo dokumentuje moment, w którym dziewczynka zaczyna się interesować
kobiecymi ozdobami, jak klipsy czy korale. Małe dziecko, początkowo
jest nieświadome i nieco onieśmielone nowym wyzwaniem, potem stroi się
w atrybuty "dorosłości". Obraz kończy się kadrem uśmiechniętej
i zadowolonej z siebie dziewczynki przed lustrem. Dzięki socjalizacji
bohaterka poznała już uczucie bycia podziwianą jako (dorosła)
kobieta.
Madonna
przez swoje liczne kreacje kobiecości dostarcza kobietom pewnego wzorca
zachowań i wyglądu. Robi to jednak w sposób przewrotny i niebanalny.
Proponuje swoją wersję współczesnej kobiety jako wielość wzorów i
mnogość znaczeń. Za jej przykładem można stać się nieokrzesaną
punkówą, wrażliwą i odpowiedzialną matką, elegancką i wyrachowaną
femme fatale, sportsmenką i kowbojką. Dla każdej coś miłego. Jak w
kolorowym magazynie - ale tylko pozornie. W rzeczywistości, pomimo różnych
kreacji, sama Madonna pozostaje zawsze silną i niezależną kobietą.
Decyduje o swoim życiu i karierze, zarabia miliony i zawdzięcza to
samej sobie. Wizerunek silnej kobiety koresponduje ze stanowczością w
kierowaniu swoją karierą. Artystka przekroczyła również pewne tabu
w kulturze: tabu kobiecych potrzeb seksualnych. Istnieją pewne rzeczy,
których nie wypada głośno mówić i przedstawiać w bezpośredni sposób.
Zalicza się do nich sfera kobiecej cielesności i seksualności,
odczuwanie dyskryminacji ze względu na płeć, rasę czy orientację
seksualną, niechęć do macierzyństwa (w tym prawo do aborcji),
akceptacja dla wolnych związków. Charakterystyczne dla Madonny
przekraczanie granic przybiera zazwyczaj ekstremalne formy i przez to
działa z większą siłą. Jej stroje i pozy przyjmowane na koncertach
czy teledyskach pozostają często na granicy dobrego smaku. Łamanie
tabu odbywa się gwałtownie i nieodwołalnie.
Artystka,
świadomie lub nie, narzuca kobietom wzorce zachowań i wyglądu. Sama
natomiast próbuje odrzucić wszelkie normy i nakazy.
Glamour
w wykonaniu Madonny jest połączeniem elegancji i porno. Jest ikoną,
która nie boi się wejść do baru gejowskiego i zatańczyć z
drag-queenami. Może dzięki temu jej wersja bycia piękną jest
bardziej znośna.
Splendor
możemy osiągnąć także w domu. Odkurzać na szpilkach. Myć kibel w
złotych bransoletkach. Obsypać się brokatem po szlafroku. Być może
nie znajdziemy się w kronice towarzyskiej kolorowych magazynów, ale będziemy
dumne, że spełniamy wymogi wzorca kobiecego nawet w przestrzeni
prywatnej.
|
|
_2/3
(11/12) 2005 -grafia_
Śmiertelnie chore boginie
- tekst:
Małgorzata Kurzac.
Obraz
wyświetlany na płaskim, zawieszonym na ścianie monitorze wygląda jak
niebieska, abstrakcyjna kompozycja. W rzeczywistości jest to widok
ludzkich komórek przekazywany przez kamerę wideo umieszczoną nad
laboratoryjnym szkiełkiem. Instalacja Christine Borland zatytułowana
HeLa (2000) prezentuje materiał biologiczny pochodzący od Henrietty
Lack - czarnej kobiety, która zmarła na raka w 1951 roku, w wieku
trzydzieści jeden lat. Jej komórki "przeżyły" ją o pięćdziesiąt
lat, stając się pierwszą i najbardziej znaną "linią komórek"
użytą w biomedycznych badaniach. Ich status stał się niezwykle
problematyczny, ponieważ proces zainicjowano bez wiedzy i zgody jej
rodziny, która dowiedziała się o istnieniu tych komórek dopiero
dwadzieścia lat po śmierci kobiety.
Chore
lub umierającego ciało uwikłane jest w kulturowe i naukowe
mechanizmy, które je degradują, spychając jego wizerunek do zbiorowej
niepamięci i poza obszar tego, co widoczne. Instalacja HeLa przywołuje
na myśl serię innych, znacznie wcześniejszych prac, w których
fragment ciała będący źródłem choroby także jest przejmującą
metaforą całości. Wielkie Nowotwory (1969), Pogrzeb Aliny (1970),
Nowotwory uosobione (1971) - rzeźby Aliny Szapocznikow, stanowiące
zapis jej zmagań z nieuleczalną chorobą - otwierają ciąg
artystycznych realizacji, poszukujących sposobów na przywrócenie
choremu i umierającemu ciału jego tożsamości. Prace Szapocznikow
tworzą kronikę biologicznej destrukcji ciała, autentyczną i szczerą
- jak słowa artystki: "(…) należałoby utrwalić to wszystko,
co chirurg odrzuca przy operacji, wszystko, co niepotrzebne,
skrwawione". Z wewnętrznej konieczności oswojenia i akceptacji własnego
ciała zmienionego przez chorobę powstawały właśnie owe
"niezgrabne przedmioty", bezkształtne półprzezroczyste bryły
z poliestru, z zatopionymi w ich wnętrzach zdjęciami artystki i
bliskich jej osób. Dla Szapocznikow, ciało wyposażone w swoją
niepowtarzalną pamięć ciało, nawet w chorobie pozostało "(…)
najwrażliwszym, jedynym źródłem wszelkiej radości, wszelkiego bólu
i wszelkiej prawdy (…)". Dlatego poprzez kreację dekomponujących
się form, poprzez jednoczesną estetyzację i deformację poszukiwała
sposobu na utrwalenie go we wszystkich jego aspektach.
Odmienna
strategia charakteryzuje autobiograficzną pracę Katarzyny Kozyry
Olimpia (1996), w której inność chorego i starego ciała nie podlega
już estetyzacji i sublimacji. To, co wykluczone, zmarginalizowane,
niestosowne zostało tam pokazane z "werystycznym
ekshibicjonizmem". Zasadą rządzącą tą pracą jest cytat i gra
z określonymi kliszami kulturowymi. Praca składa się z trzech
fotogramów oraz 12-minutowego filmu wideo dokumentującego leczenie
kroplówką, któremu artystka była poddawana w trakcie terapii
antynowotworowej. Pierwsze zdjęcie przedstawia Kozyrę upozowaną na wzór
Olimpii z obrazu Édouarda Maneta, drugie jest portretem starej, nagiej
kobiety, a trzecie aktem artystki podłączonej do kroplówki i leżącej
na szpitalnym wózku w asyście pielęgniarki. Kozyra poprzez dosłowność
swojej Olimpii, eksponującej ciało naznaczone chorobą, a jednocześnie
przybrane w atrybuty kurtyzany - bogini cielesnej miłości: czarną
aksamitkę zawiązaną wokół szyi, czerwone pantofle, kwiat zatknięty
za ucho - rzuca nam wyzwanie. I pragnie konfrontacji; nie tylko na płaszczyźnie
artystycznej, ale i osobistej: "(…) Mogę wywalić swoją
prywatność nie wtedy, gdy ktoś tego chce, ale gdy chcę tego sama,
nie po to, by służyło innym, ale by służyło mnie samej".
Pokazując realny wymiar ciała chorego i starego, "powtarza"
przy tym spojrzenie Olimpii Maneta: pewne siebie, świadome obecności
obserwatora i demaskujące go. Nie będąc biernym i uległym obiektem
oglądu, dostarczającym patrzącemu estetycznej (seksualnej) przyjemności,
podważa obowiązujący system wizualizacji i konceptualizacji ciała,
który nie przewidywał dla niej miejsca. Ten sam zabieg kilka lat wcześniej
zastosowała Hannah Wilke w cyklu Intra-Venus (1992-1993), złożonym z
trzynastu wielkoformatowych portretów fotograficznych artystki.
Rejestrując z naturalistyczną dokładnością wyniszczenie, deformację
i okaleczenie swojego ciała przez śmiertelną chorobę, wpisuje je
jednocześnie w tradycyjne wzorce ikonografii kobiecej (m.in. Wenus,
Marii Magdaleny, władczyni). Pozwala jej to ujawniać wielki ładunek
intymnych odczuć i doznań schorowanego ciała. Obdarzając je
zainteresowaniem całkowicie odmiennym od towarzyszących mu nieustannie
diagnoz medycznych, przywraca mu godność i wartość.
Wyjątkowym
i niezwykle subtelnym połączeniem przedstawień wanitatywnych z
afirmacją witalności i jej przemian jest seria prac Helen Chadwick
Unnatural Selection (1995). Powstała ona dzięki współpracy artystki
z londyńskim King's College Assisted Conception Unit, gdzie Chadwick
miała możliwość zapoznania się z metodami współczesnej
embriologii i szczegółami procesu zapłodnienia in vitro. Uzyskała
także zgodę na wykorzystanie martwych, przeznaczonych do zniszczenia
preembrionów, które nie mogły zostać implantowane ani nie
kwalifikowały się do dalszych badań. W takich pracach, jak Monstrance,
Nebula (Mgławica), Opal z mikrofotografii preembrionów zawieszonych w
formalinie Chadwick tworzy dekoratywne, a zarazem znaczące kompozycje.
Nadaje im symboliczne formy relikwiarzy, drogocennych klejnotów i biżuterii.
Konfrontuje nas z naszym pożądaniem piękna, a jednocześnie ze
strachem przed tym, co kryje się pod powłoką ciała. Ujawniając obok
anatomicznego i naukowego także inny, mistyczny wymiar martwych
preembrionów - znaków cykliczności życia i umierania, potencji i
utraty - także i ona stara się przełamać kliniczną izolację
otaczającą to, co naznaczone chorobą i śmiercią.
Sztuka
postawiona w obliczu tych traumatycznych doświadczeń pokazuje
nieoczywistość obowiązujących norm i ocen. Dlatego właśnie poza
nimi stara się odnaleźć i ugruntować indywidualną podmiotowość.
|
|
_2/3
(11/12) 2005 -grafia_
You are my orgasm - tekst:
Anna Zawadzka.
Idzie
przez miasto kobieta, kobieta bez winy i wstydu. Ma na sukience plamę z
krwi. Jest jak pomazaniec boży, błogosławiona nie po to, by spłacać
dług niebu wyrzeczeniem się ziemi, lecz po to, by na ziemi odprawiać
radosne misterium. Na ulicach odbywa się rytuał, młodzi chłopcy składają
pokłony kapłance w zamian za naznaczenie ich krwią kobiecą w miejscu
trzeciego oka.
Jestem
na wystawie Pipilotti Rist (Centrum Sztuki Współczesnej, wiosna 2004)
i mam ochotę śmiać się coraz głośniej, zostać tu, czekać na
kolejne pokłony, raz jeszcze przeżyć ten film jak święto. Ale jeśli
ktoś spyta, o czym to jest, to co odpowiem? Zbyt wiele czy zbyt mało
poziomów analizy do poskładania w puzzle zrozumienia? Jak przyznać ważność
własnemu przeżyciu w miejsce poważnej "rozkminki"? Dlaczego
wracam jak zaczarowana do sali, w której materializują się sny o władzy
bez przemocy?
Krew
ma swoje denotacje i konotacje. Krew z ciała kobiety, menstruacja,
grzech, seksualność, cielesność, rozkosz, rana, płodność, brak
kontroli, twórczość, śmierć, brud, świętość, inicjacja.
Czerwone, lśniące buty bohaterki także są znakiem boskości. Ale nie
o znaki i ich przestrzeganie w procesie interpretacji tu chodzi.
Kiedy
filmom Rist zadaję pytanie: co to znaczy? - one stają się tylko garściami
dobrze posklejanych obrazów, doprawionych przedmiotami rzucającymi
ruchome cienie. Kiedy próbuję analizować, mam do czynienia ze
sprawnie zmontowaną wystawą, być może z ciągami znaczeń poddającymi
się władzy rozumu. Ale rozum unieruchamia, zamraża to, co u Rist jest
w ciągłym ruchu, dlatego nie może temu sprostać. Za pomocą znanych
narzędzi chce ulepić coś stałego - wiedzę zastygłą w kamyczki, które
będzie potem można obracać na języku jak mądre słowa podczas
salonowych dyskusji. Rozum potrzebuje punktu, z którego mógłby
rozpocząć swoją linearną pracę od podstaw aż na sam czubek
konstrukcji wiedzy. Ale przekazem Rist rządzi podmywająca każdą
konstrukcję woda, to w niej pływają przedmioty, pływa bohaterka Sip
my ocean; w nią zanurza się widz. Nie metafora dyktuje tu warunki,
tylko namacalna przyjemność, której poddaje się ciało, pragnienie
patrzenia i uczestnictwa.
Nauczono mnie jeszcze w liceum, że dzieła sztuki trzeba traktować jak
twierdze do zdobycia, chodzić do galerii po to, by łamać szyfry. Ćwiczyć
się w tym, aż kolejne wystawy będą coraz bardziej uległe, mój umysł
zaś zwinny jak pajączek. Cóż, kiedy filmy Rist szeroko otwartymi
bramami zapraszają do złożenia broni, odpoczynku, całkowitego
poddania. Największa praca, jaką mam do wykonania podczas zwiedzania
tej wystawy, to uspokoić myśli w panice szukające sensu i zamienić
ważność myśli na ważność czucia. Próbuję.
Oglądam
to i jest mi dobrze, błogo, otaczają mnie kolory trochę jak z krainy
podwodnej, oplatają mnie dźwięki kołyszące jak bezpieczna fala. Nie
chcę stamtąd wychodzić dopóki ten rytm nie wsączy się w moją
krew. Kroki kapłanki przypominają pływanie, rozbujane stopy dyktują
ruchy w tym tańcu. Świat jej sprzyja, poddaje się jej rozhuśtaniu,
nabiera tempa jej ruchów, dopasowuje się do jej kształtów.
W
instalacji Ever is Over All dwa filmy wyświetlane na
gigantycznych ekranach zachodzą na siebie. Na jednym przepływają skąpane
w słońcu kolorowe kwiaty. Na drugim kobieta w niebieskiej sukience,
dzierżąca jak berło ni to kij, ni kwiat, idzie ulicą i rozwala szyby
samochodów. Jest jak łaskawa władczyni… obdarza widza ekstazą
malującą się na jej roześmianej twarzy. Nagle za jej plecami wyrasta
pani porucznik, niepokoję się, czy aby nie po to, by pokazać, że
krocząca ulicą kobieta jest tylko wyłomem w systemie, że ta rozkosz
jest tylko chwilą ucieczki, szaleństwem, za który zostanie ukarana.
Ale mijająca bohaterkę policjantka salutuje jej, nie pozostawiając
cienia wątpliwości, kto tu jest królową. Po plecach przebiega mi
dreszcz, uruchamia się lawina fantazji: co będzie, gdy wyjdę na ulicę?
Co stałoby się, gdybym uznała za pewnik, że ten świat należy do
mnie?
Gdy
rozum śpi zmysły harcują. Iść ulicą tak, jak szła ona. Odprawić
ten sam rytuał, być może jedyny demokratyczny, bo każda z nas jest
pomazana. Rytm swoich kroków przełożyć na brzmienie dzwonów we własnym
kościele. Rytm, który sprawia, że ulepiona ze spojrzeń ludzi
przestrzeń miasta nie stawia oporu.
Obrazy
Rist, jakby zalane wodą, rozmazane światłem, są - co tu kryć -
podniecające. To, co czyni je wzniosłymi, to kobieca rozkosz. Wzniosłymi,
ale nie lukrowanymi. Sekwencje z filmów Rist są tajemnicze, chwilami
drapieżne, ale nie budzą lęku, przyciągają. Czasem balansują na
granicy między strachem przed abjectem: lepkością, brudem, wydzieliną
a niepowstrzymaną ochotą dotknięcia, ciała z ciałem obcowania. O Sip
my ocean mówi się, podobnie jak o Pickelporno, że to
propozycja pornografii dla kobiet. Żywiołem drugiego filmu również
jest woda; tutaj już całkiem dosłownie lądujemy na dnie morza, na które
spadają budzące ciekawość, ale i niepokój przedmioty, np. kuchenna
tarka i lustro. Ubrana w żółty kostium kąpielowy bohaterka nie
przypomina kobiet z pism dla panów. Jest panią samej siebie w
poszukiwaniu własnej przyjemności, nie zapożyczonej z seksualnych
recept, które uczą kobiety, jak czerpać rozkosz z dawania jej mężczyźnie.
Dzięki temu dotyk wody na jej ciele staje się czymś niemal
odczuwalnym fizycznie.
To
jednak, co w pracach Pippilotti Rist kręci najbardziej, co absorbuje,
podnieca i każe po siebie wracać, to nie tylko uwolnienie seksualnej
fantazji od tego, co znane i obowiązkowe, ale rozkosz czerpana z samego
faktu bycia. Przeżycie istnienia jako takiego, bycie - jako
najbogatsze, zmysłowe, seksualne doświadczenie. Święto, które
odbywa się tam, gdzie jestem, dlatego że jestem. Kobiety na filmach
Rist osiągają harmonię z otoczeniem - cały świat pulsuje zgodnie z
ich oddechem, ruchem, biciem serca.
Sztuka
feministyczna jest często bardzo drastyczna. Dekonstruując kobiecość,
opowiada o traumie, rygorze, okaleczeniu, stereotypach. Odsłania ranę
wyżłobioną przez przymus wypełniania społecznej roli. Wystarczy
wspomnieć niedawną wystawę Anny Baumgart i Brigid Brenner Kolekcja
wstydliwych gestów (Zachęta, wiosna 2004). Rozum dekonstruujący
dostarcza nam odpowiedzi na pytanie: czego nie chcę?, wciąż mówi:
nie jestem tym. I bardzo dobrze, bez niego trudno byłoby rozprawiać się
z ciasno skrojonymi mundurkami kobiecości. Żeby jednak móc pozytywnie
odpowiedzieć na postawione przez feminizm pytanie, trzeba pytać ciała.
Trzeba zacząć od siebie, by dowiedzieć się, co sprawia nam przyjemność.
Rist nie mówi nam, kim jest podmiot jej sztuki. Pragnienie, pożądanie,
rozkosz wymykają się logice dookreśleń "ja". Nie trzeba
nosić żółtego kostiumu kąpielowego, by zostać przez wystawę Rist
obdarowaną tajemniczą mocą uwodzenia siebie samej i nie chcieć
opuszczać murów galerii, które artystka pomalowała w żywe kolory. A
kiedy się już wyjdzie - zacząć świętować swoje tu i teraz.
Dziękuję
Katarzynie Bratkowskiej, bez której nie wpadłabym na pomysł, że w
salach galerii przeżycie zmysłowe też może mieć głęboki sens.
|
|
_1
(10!) 2005 POLO-grafia_
PRL - życie po spożyciu - tekst:
Redakcja.
Pełna wersja w *.pdf (ok.
1,1 MB)
Jesteśmy
rocznikiem trzydziestolatków i dobrze pamiętamy traumę braku słodyczy
w okresie stanu wojennego i latach kryzysu. Teraz z perspektywy lat, a
także pod wpływem mody na PRL ten czas mógłby wydawać się
sentymentalnie zabawny. Nic podobnego. Wieczne jak towarzysz Lenin braki
na rynku bądź zastępowanie słodyczy substytutami, kuwerturami,
surogatami jakimiś - dokonały w umysłach tzw. wyżu demograficznego
lat 70. (czyli nas - a jakże!) prawdziwych spustoszeń, których smutne
żniwo zbieramy w czasach względnej zamożności społeczeństwa…
Ulegliśmy mianowicie nieuleczalnej jednostce chorobowej, którą na własny
użytek nazywamy "suplikacją ostatniego kawałka" - nie jesteśmy
w stanie np. przestać jeść dopiero co otwartej czekolady, dopóki nie
zniknie ostatnia kostka! W święta nie kupujemy pomarańczy innych jak
tylko te od "wujka Fidela" (w grubej skórce!). Nie przepuścimy
najsmutniejszemu nawet bananowi… itd., itp. Ze zdumieniem konstatujemy
fakt, że nasze młodsze o kilka lat rodzeństwo czy znajomi w ogóle
temu symptomowi nie ulegają. Jest taki pokoleniowy test, w którym
jedno z pytań brzmi: "Czy pamiętasz ile kosztowała guma Donald w
Peweksie? - jeżeli odpowiesz 35 centów, to znaczy że jesteśmy z tej
samej bajki, a wtedy nawet nie próbuj przysiadać się do naszej
tabliczki - zrób sobie lepiej "kogiel-mogiel"!
Niektórzy
mitologizują rolę tamtych czasów, widząc w nich zaczyn dla zaradności,
wsparcia i solidarności społecznej - my raczej nie żywimy takiego
przeświadczenia, po prostu w czasach wojny i dziadostwa łatwiej przeżyć
w kupie, bo upokarzani są wszyscy równo - jak to w komunie. Obserwując,
co zostało nam w spadku po PRL, jakimi troglodytami są polityczni
przywódcy współczesnej Polski, ile chamstwa, zapiekłości i urażonych
ambicji jest wśród rodaków, spróbujemy wykorzystać ikony "designu
spożywczego PRL", by naszkicować własny obraz "czasu bez
"Teleranka"".
Jeżyki
- podstawa to ryż dmuchany, potem topione krówki (jeżeli są) lub
zastępczo kakao, masło (w ostateczności margaryna) i cukier. Jeżeli
nie było ryżu, do masy sypało się płatki owsiane (albo
kukurydziane). Ryż dmuchany (preparowany - nazwa handlowa), przez
bardzo krótki czas był dostępny ze słodką skorupką koloryzowanego
karmelu.
Blok
- bardzo słodki, bardzo twardy, bardzo pyszny. "Zastępcza"
chałwa. Pamiętamy przepis na blok "czekoladowy", który robiły
dla nas mamy: 1 kostka margaryny, 0,5 szklanki wody, 0,5 szklanki cukru,
1 cukier waniliowy, 2 paczki herbatników, 3 szklanki mleka w proszku,
bakalie (kandyzowana marchewka i rodzynki). Składniki topiło się,
wsypywało mleko i herbatniki, potem całość lądowała na kilka
godzin w lodówce. Powstawała z niej twarda bryła przysmaku, który
starczał co najmniej na trzy dni.
Wyrób
czekoladopodobny - bez komentarza. Trauma naszego dzieciństwa. Za to
gówno producenci powinni smażyć się w piekle. Do jego produkcji używano
cukru, kakao, oleju, śmietanki, etylowaniliny i jeszcze czegoś nieokreślonego…
(może wosku?), a to przyklejało się do podniebienia i smakowało jak
margaryna.
Wszyscy
mówili, że pomarańczowy ser przysyłają nam Amerykanie, a tak
naprawdę pochodził z Holandii i był czymś w rodzaju serowego mixu o
konsystencji gumy. Charakterystyczny kolor zawdzięczał zapewne jakimś
środkom chemicznym, opóźniającym proces gnicia. Dostawało się go w
parafiach wraz ze słonym masłem i marne były widoki (na ser rzecz
jasna!) tych, którzy w niedzielę do kościoła nie chodzili albo co
gorsza byli świadkami Jehowy, czy krysznowcami…
Guma
do żucia Donald… Mmm, taka z historyjką w środku. Te historyjki były
"prawnym środkiem płatniczym" w podstawówkach. Szczególnie
zapadł w pamięć zapach papierka, który czuć było nawet po wielu
miesiącach. Za historyjki z Donaldem można było "kupić"
niemalże wszystko - człowiek był kimś, wszyscy się z nim
"kolegowali". Opowiada Kasia (30 l.), redaktor naczelna
jednego z pism o kulturze: "Pamiętam jak dziś - mój wujek
Wiesiek pracował na budowie w Iraku i kiedyś przywiózł "stamtąd"
worek Donaldów… Wyobrażacie sobie? - wielki worek Donaldów! Tam było
chyba z 15 kilo… Powiedział: - Idź dziecko do kuchni i przynieś
największy talerz jaki znajdziesz… A potem nasypał mi do niego tych
Donaldów - z "górką!!! Podobną funkcję jak Donaldy (czyli
"usuwacza" plomb i amalgamatów) pełniły cukierki toffi,
zwane "mordoklejkami". Zakłady Przemysłu Cukierniczego
"Brzeg" w Brzegu produkowały oprócz rzeczonych "mordoklejek",
pełniące podobne funkcje dentystyczne - landryny popularne, którymi
ponadto można było słodzić herbatę (we wrzątku śmiesznie trzaskały,
wydając odgłos podobny do rany typu "zgorzel gazowa" - to z
lekcji PO). Były jeszcze dropsy, które nie odklejały się z
opakowania i przeżuwając, co rusz trzeba było usuwać skrawki rozmiękłego
papieru.
Po
stanie wojennym pojawiły się gumy papierosy. Chyba przywożone z Jugosławii.
Opakowanie wyglądało bardzo wiarygodnie i żuło się taką gumę,
licząc na prowokację - nigdy nie zawiedliśmy się na wychodzących z
kościoła starych dewotkach, które potrafiły gonić nas, aż do następnego
skrzyżowania…
Wystawki
- w czasie gdy dorośli chlali wódę, wyrzekając na komunistów i ciężkie
czasy, dziatwa prowadziła bardzo skomplikowane operacje barterowe,
wymieniając się śmieciami, które ci sami dorośli wygrzebywali ze śmietników
NRF w ramach uszczęśliwiania nas kolorowymi prezentami z Zachodu. Były
wśród nich opakowania po czekoladach z wypukłą grafiką i
"okienkiem", puszki po kakao, uszkodzone resoraki Matchbox i
rzecz najbardziej pożądana: puszki po napojach. Robiliśmy z nich
wystawki w pokojach, misternie układając jedna na drugiej w kształt
piramidy (pomyśleć, że dzisiaj byle menel gniecie takie puszki
buciorem, żeby je potem sprzedać w skupie…). Dorośli zbierali
opakowania po papierosach, Krzysztof (27 l.) wspomina: "- Mój
wujek Piotrek kolekcjonował takie paczki i miał nimi wyłożoną całą
słomiankę (2 x 1m!). Lubiłem przed nią siadywać, kontemplując
formy pudełek i kroje czcionek. Kto wie, czy te godziny spędzone u
wujka nie zaważyły na całym moim życiu. Zostałem przecież
projektantem…" - dodaje wyraźnie wzruszony.
Szczęście
miały dzieci, których rodzice wymieniali kartki na alkoholol na te z
"opcją" słodycze. Deficyt cukierków można było też uzupełnić,
"kolegując" się z kimś, kto miał krewnych na Zachodzie i w
ramach socjalistycznego wychowania dzielił się przysyłanymi przez
nich paczkami. Olaf (30 l.) - niedoszły "Niemiec sudecki" tak
wspomina ten okres: "- Miałem wielkie szczęście, bo rodzice
mojego kolegi Wojtka pracowali w fabryce Milki w NRF-ie. Rekompensowali
mu brak opieki, przysyłając kilogramy słodyczy, które Wojtek wyrzucał
nam z trzeciego piętra naszego bloku wprost do piaskownicy. Jedynym
utrudnieniem było to, że wybieraliśmy je spomiędzy psich kup".
Był
to okres, kiedy każdy mały Polak programowo nienawidził Niemców. To
uczucie władze umiejętnie podsycały serialami typu Czterej pancerni i
pies, ale i sami Niemcy przyjeżdżający do Polski w ramach wycieczek
sentymentalnych na Ziemie Odzyskane (Szklarska Poręba, Jelenia Góra,
Wrocław itd.) wzbudzali wściekłość wśród dorosłych, wyrzucając
z okien autokarów cukierki i fotografując walczące o nie dzieci…
Hot
dogi z parówką leszczyńską - kultowy, pyszny fast-food tamtych lat:
mała, szara, mokra kiełbaska wetknięta bezwstydnie w połówkę
rogala, którego przygotowywano do zabiegu, nadziewając na metalowy,
gorący szpikulec. Sądząc po kolorze, parówki wytwarzano z papieru
toaletowego, a smak nadawała im dopiero musztarda, której wciąż było
nam mało (relikt ten można dziś znów kupić w Krakowie z okienka
przy ul. Szewskiej).
Polo
Cocta jakoś nie materializuje się w naszej pamięci - może w Galicji
w ogóle nie istniała? Trudno powiedzieć… ale jeżeli polska myśl
techniczna wymyśliła Cytronadę, to dlaczego nie Polo Coctę.
Cytronada znajdowała się w foliowym woreczku zaopatrzonym w słomkę.
Wyglądała jak worek z moczem i choć rodzice nie pozwalali jej pić
(zwłaszcza w upalne dni), spożywało się ją z prawdziwym
upodobaniem, mimo że nie sposób było przebić woreczka słomką bez
zmoczenia ubrania i wszystkiego do koła.
Kawa
zbożowa Inka - każde szanujące się dziecko robiło wszystko, żeby
nie wziąć jej do ust. W zakładach żywienia zbiorowego (stołówki
szkolne, FWP, pracownicze itp.) kawa Inka stale "pyrkała" na
wolnym ogniu w wielkich kotłach, a panie kucharki nalewały ją
chochlami do charakterystycznych kubków z rantem: jedna chochla - pełny
kubek! Można było trafić na kawę zabieloną mlekiem, a wtedy
"na bank" pływały w niej paskudne kożuchy przyklejające się
do zębów… W Inkę należało się zaopatrzyć, jadąc np. do Bułgarii,
ponieważ w krajach bałkańskich była towarem deficytowym. Sami pamiętamy
przejazd przez Rumunię - wylegały całe miasteczka: ludzie biegnąc za
pociągiem darli się wniebogłosy "Panie Dobry! Inka, Inka,
Inka…!!!". Nazwa kawy musiała mieć coś wspólnego z Inkami, a
sam skład miał równie starożytną proweniencję - używano bowiem składników
typu: żyto, jęczmień, susz cykorii, buraki cukrowe, otręby itp.
Oranżada
(piszemy co prawda wedle zasad ortograficznych, ale tak naprawdę mówiło
się na nią "orężada"). Jej skład surowcowy był prosty
jak sznurek od snopowiązałki: woda, cukier, kwasek cytrynowy, gaz. I właśnie
ów gaz stawał się pretekstem do naszej ulubionej zabawy - bekania na
"czas". Płyn w brązowych lub białych butelkach należało
wstrząsnąć przed użyciem, ponieważ na dnie zalegał, nie wymieszany
z wodą gazowaną, gęsty syrop.
Oranżada
w proszku - nie było lepszej rzeczy! Galopowało się po nią na dużej
przerwie, a następnie wyżerało paluchem prosto z torebki. Nieznane są
przypadki użycia oranżady w proszku zgodnie z przepisem, czyli w
stanie płynnym. Oprócz tego, że piekła w język, to jeszcze
doskonale barwiła palce i wargi. Równie popularną przekąską był
Visolvit i Vibovit - znane preparaty witaminowe dla dzieci, które
kupowało się na receptę. Preparaty "V" zagryzano dla
"zdrowotności" tabletkami akronu - pysznymi, dostępnymi w każdym
kiosku tabletkami od bólu gardła.
Zagęszczone
mleko w tubce - było ekstra, bo po pierwsze nie trzeba było się nim
dzielić (względy higieniczne!), a po drugie było słodkie do
obrzydliwości i wystarczało na dłużej.
Kogiel-mogiel
- uwielbialiśmy! Jadło się go na wpół ukręcony - cukier jeszcze
chrzęścił pod zębami. Skończył się wraz z wiadomością o
salmonelli - znienawidziliśmy kurwę na amen!
Lody
"Bambino". Najgorsze były kawowe - kupowało się je w
ostateczności, gdy zabrakło pozostałych licznych smaków: śmietankowego,
ogólnie owocowego oraz kakaowego. Pakowane były w papier woskowany i
jeżeli nie rozpakowało się ich od razu, rozmiękały i trzeba było
je spić z opakowania. Rozpacz budziły permanentnie odpadające górne
części "batonu".
Ciepłe
lody - sprzeczność w samym określeniu, ale za to "niebo w gębie".
Do tradycyjnego wafla producenci "wtłaczali" taką samą pianę
jak w "napoleonkach" (białą lub różową) i skrapiali polewą
czekoladopodobną - po południu deser pokrywał się twardniejącą
skorupką.
Lody
"Pingwinki" - składały się głównie z wody, cukru oraz
odrobiny mleka. Dostępne były wszędzie: "od morza do Tatr".
Lody
"Familijne" - trójkolorowa kostka lodów o tradycyjnych
"smakach": białym, beżowym i różowym, pakowana w
niebieskie tekturowe, oszronione pudełko; można było kupić połówkę
- odkrawaną nożem wraz z opakowaniem. Drewniany patyczek z drzazgami -
w zestawie gratis.
Truskawka
homogenizowana - zamrożony na kość mus truskawkowy w plastikowym, pękającym
kubeczku. Wspaniały zapachu i smak, który można było docenić, gdy
temperatura wyrobu wzrastała powyżej zera absolutnego. Najbardziej
niecierpliwi rozbijali ją o murek przed sklepem.
Kostki
rosołowe i aromaty do ciast - pełnoprawny, zastępczy środek płatniczy
wydawany jako reszta w sklepach spożywczych ku zaskoczeniu małolatów
wysłanych po chleb i bułki. W wytłuszczonych, plamiących
opakowaniach zalegały na tyłach kuchennych szafek.
Naboje
do syfonów były równie łatwo dostępne jak gaz w koszarach ORMO.
Kupowało się je w każdym przyosiedlowym warzywniaku (10 sztuk w
szarym kartonowym pudełku) i używało w charakterze "wsadu"
pirotechnicznego do ogniska (razem ze zużytymi pojemnikami po
dezodorantach).
Jeden
z bohaterów Misia doceniał smak Wody Brzozowej, ale równie skuteczne
były: woda toaletowa Przemysławka, Acnosan - płyn do pielęgnacji
twarzy ze zmianami trądzikowymi, a w sytuacjach podbramkowych -
"jagodzianka na kościach", czyli denaturat, gubiący kolorek
po przepuszczeniu przez chleb. Jednak prawdziwych spustoszeń w
resztkach szarych komórek dokonywał: Autovidol i król wśród
alternatywnych napitków płyn Borygo. Pierwszy, zażywany z dodatkiem
równych części soku (malina, wiśnia) i wody dawał "kopa"
na dwie doby, a Borygo pozwalał "przetrwać" nawet przy -35
st. C. Zapobiegliwi zanim im "wyłączyło" świadomość,
opatulali stopy i ręce pakułami, bo właściwie tylko członki były
narażone na odmrożenia.
Wina
owocowe - gdyby nie klimat to Zielona Góra i Legnica stałyby się
polskim Bordeaux, ale cóż… może po następnym zlodowaceniu? Oto co
pisze o polskich eksperymentach winiarskich Jerzy Rawicz: "Klęska
nieurodzaju trzciny cukrowej na Kubie w latach siedemdziesiątych
spowodowała dramatyczny spadek dostaw cukru. Biały kryształ stał się
towarem deficytowym, kupić go można było tylko na kartki. W ojczystym
winiarstwie rozpoczęły się eksperymenty, których skutkiem stało się
obniżenie jakości produkowanego napitku. Cukier zastąpiono
spirytusem, szlachetny proces fermentacji został prawie wyeliminowany.
14 czerwca 1976 roku wprowadzono nakaz pełnej alkoholizacji. Produkcja
skoczyła do 283 mln litrów płynu rocznie, a pojęcia takie jak:
bukiet, maderyzacja, kupażowanie na dobre wróciły do podręczników,
jako wspomnienie dobrych czasów polskiego winiarstwa. Moszcz, który
kiedyś decydował o jakości wina, teraz bliższy był wyrazowi o dwie
spółgłoski krótszemu. Jak wspomina ówczesny praktykant z wytwórni
win: - Ze wszystkiego, co nie nadawało się na mrożonki, dżemy i
konfitury, toczono moszcz. Do niego dodawano kwas siarkawy (oficjalnie
norma wynosiła 200 mg na litr, a praktycznie dużo więcej), tak by
dwutlenek siarki zabił w nim wszelkie życie biologiczne, co nazywało
się sulfikacją. Po tym zabiegu moszcz składowano, gdzie się dało.
Kiedy nadeszła odpowiednia chwila, moszcz filtrowano, desulfikowano,
likwidując nadmiar siarki i przeprowadzano winifikację. W tym wypadku
chodziło o zwykłe lanie spirytusu do moszczu. Kana Galilejska to nie
była, ale zawsze…".
Polish
Ham - to frapujące angielskie określenie kojarzyło się nam
jednoznacznie... Po latach dowiedzieliśmy się, że ta szynka
eksportowana była na Zachód, a stamtąd importowana z powrotem do
Polski...Wot i logika bolszaja...
Babazcielęciną
- jedno słowo, zaklęcie, mantra niemalże… Były różne baby:
Babazserem, Babazwiejską, Babazjajkami, ale symbolem wszelkiego
dostatku była właśnie delikatesowa Babazcielęciną. Baby krążyły
wszędzie, każdy urząd i instytucja, ministerstw nie wyłączając,
zaopatrywane były przez te dzielne wiejskie kobiety, które targając
kopy jaj, mięso i nabiał - wyręczały w kwestii zaopatrzenia
nieudolne państwo. Nie wiemy, jak jest w innych miastach, ale w
Krakowie instytucja Baby przetrwała, z tym że jest to raczej kwestia
przywiązania do tradycji niż rzeczywista potrzeba. Nadal też po
krakowskich osiedlach krążą dostawcy ziemniaków, którzy najchętniej
o 6 rano w sobotę, budzą wszystkich gromkim: "zieeeemiakiiiii!!!"
a propos wczesnego budzenia: "złotymi kapslami" do butelek
zapisali się w tradycji PRL roznosiciele mleka - potrafili już o 4.30
tłuc się pod naszymi drzwiami. Obligatoryjne zarządzenie władz
gwarantowało bowiem każdemu obywatelowi Ludowej Ojczyzny mleko w
butelce - tłuste ze złotym "sreberkiem" lub chude ze
srebrnym. Jest taki blok przy Powstańców Śląskich we Wrocławiu,
który wygląda jak okręt - w jego długich, nieosłoniętych przed
wiatrem korytarzach mleko latało jak pociski. Szczególnych emocji
dostarczało to idącym chodnikiem przechodniom: wyobraźmy sobie, że
giniemy ugodzeni mlekiem o zawartości 2% tłuszczu z Okręgowej Spółdzielni
Mleczarskiej w Strzelinie- porażka…
Bary
mleczne - ostoja socjalizmu w najczystszej postaci (przynajmniej w
Krakowie). Obok Drogi Królewskiej i Trasy św. Stanisława powinien
powstać Krakowski Szlak Barów Mlecznych im. Stanisława Barei.
Proponujemy uwzględnić te najbardziej odporne na zmiany: "Pod
Filarkami" - ul. Starowiślna 29, "Kazimierz" - Krakowska
24, "Flisak" - al. Krasickiego 4, "Bar Mleczny" -
Grodzka 43, "Syrena" - Starowiślna 93.
|
|
_2
(7!) 2004 OUT-look_
Serce pod młotkiem - tekst:
Piotr Sarzyński.
Pełna wersja w *.pdf
(ok.
600 kB)
Błądzi,
kto sądzi, że największym prześladowcą polskich artystów są złośliwi
krytycy i nieżyczliwi kuratorzy wystaw, którzy z uporem nie
dostrzegają wybitnego dorobku. Otóż w ostatnim piętnastoleciu
największą zmorą twórców stali się organizatorzy charytatywnych
aukcji. Historia tych przedsięwzięć, to także historia najnowszej
rodzimej obyczajowości, w której dobre chęci i szlachetne
odruchy serca nierzadko mieszały się z niskimi pobudkami zabłyśnięcia
na towarzyskim firmamencie.
Teoretycznie
wszystko było w porządku. Z jednej strony potrzebujący:
chore dzieci, domy starców, pozbawione nowoczesnego sprzętu szpitale,
schroniska dla zwierząt, bezdomni, narkomani, samotne matki obarczone
licznym potomstwem, pragnący wydobyć się z alkoholizmu porzuceni
ojcowie, sieroty, sypiące się ze starości zabytki… Długo by
wymieniać. Słowem wszyscy zaniedbywani przez zajęte pospołu
budowaniem kapitalizmu władze i naród. I doświadczeni przez
los – po pamiętnej wielkiej powodzi liczba aukcji gwałtownie wzrosła:
w Krakowie dwukrotnie licytowano obrazy na rzecz Wrocławia, zaś w Warszawie
dzieła sztuki na ten sam cel poszły pod młotek w Muzeum
Narodowym i w hotelu Marriott. Z drugiej – coraz bogatsi
polscy bogacze, w których należało obudzić jakże słuszne
poczucie winy za ich nieprzyzwoite majątki i zmusić, by
podzielili się ich cząstką z najbiedniejszymi… a przy
okazji kupili sobie niedrogo coś nad kominek nowej willi czy na ścianę
nowej garsoniery.
Zaś
pośrodku szlachetni, bezinteresowni organizatorzy, szczerze zatroskani
losem wszystkich nieszczęśliwych i gotowi dla nich rzucić na
szalę swe znajomości, wolny czas czy menedżerskie umiejętności.
Oczywiście, w wystarczająco jasnym świetle reflektorów.
Aha,
zostali jeszcze artyści, od których wymagano tylko jednego: ochoczego
przekazywania owoców własnej pracy. Na każde wezwanie – wszak dar
serca wymaga poświęceń. Doszło do kuriozalnej sytuacji: to właśnie
artystów czyniono moralnie odpowiedzialnymi za powodzenie przeróżnych
zbiórek pieniędzy. Nikt nie zwróciłby się do Fiata, by podarował
samochód, choć produkuje ich setki tysięcy. Uważało się natomiast,
że artyści, którzy tworzą znacznie mniej, a jeszcze mniej
sprzedają, powinni hojnie wspierać inwalidów, sieroty i chorych
na raka. A najlepiej obrazami, których wartość jest niekiedy równa
wartości samochodu. I często wspierali. Gdy chodzi o cele
szlachetne – pomoc dzieciom, budowę domu dla straców itp. – zawsze
staram się coś ofiarować – zapewniał niegdyś Edward Dwurnik.
Zawsze można było liczyć na Franciszka Maśluszczaka, Stasysa
Eidrigeviciusa, Jerzego Nowosielskiego, Magdalenę Abakanowicz, Jana
Tarasina i wielu innych. Przekazywali swe prace, choć na polskim,
bardzo płytkim rynku była to ofiara podwójna, bowiem każdy
ofiarowany obraz oznaczał, że artysta nie tylko nic na nim nie zarobi,
ale straci też potencjalnego klienta na swą następną pracę.
Z
czasem aukcje serca zaczęły przegrywać z rzeczywistością.
Zacznijmy od beneficjentów. Mniej lub bardziej regularnie na ich ręce
trafiały więc czeki. I trzeba uczciwie przyznać, że na aukcjach
nigdy nie dochodziło do takich przekrętów, jak na estradzie, gdzie
organizatorzy wielkich koncertów charytatywnych znikali wraz z całym
utargiem. Imponujące z początku kwoty, w końcu zaczęły
topnieć. Może dlatego, że rodzimi biznesmeni okazali się mniej
skorzy do zakupów, niż tego oczekiwano. Woleli wydać sto razy więcej
na konie w galopie Alfreda Wierusza Kowalskiego czy Wojciecha
Kossaka, niż za grosze „paskudzić” sobie ściany pracami współczesnych
malarzy. Po paru spektakularnych licytacjach „na pokaz” zaczęli
masowo ignorować wszelkie aukcje serca. Życie jednak nie znosi próżni.
Ich miejsce szybko zajęli wietrzący interes właściciele galerii i drobni
marszandzi sztuki. Oto bowiem za psie pieniądze mogli kupować prace
naszych najlepszych twórców, a następnie odsprzedawać je z zyskiem
swoim klientom.
Z
czasem fala charytatywnych aukcji gwałtownie opadła, bo zaczęło również
brakować chętnych do ich organizowania. We wczesnych latach 90. ich
animatorami były najczęściej żony świeżo upieczonych i bardzo
bogatych polskich biznesmenów. Znudzone nieustannymi wyjazdami na Arubę
i do St. Moritz uznały, że nic tak nie zdobi jak zgrabne połączenie
sztuki z działalnością charytatywną. Jak to jednak z rozkapryszonymi
dziewczynkami bywa i ta zabawka szybko im się opatrzyła. Tym
bardziej, że media coraz mniej miejsca poświęcały ich bezgranicznemu
oddaniu biednym dzieciom. A cóż warte oddanie sprawie, jeżeli
nie towarzyszy temu medialny zgiełk? Już lepsza Aruba…
W
końcu i sami twórcy dobili własny gwóźdź do trumny pulsującego
już coraz słabiej, malowanego charytatywnego serduszka. Początkowo
karnie ofiarowywali swe prace każdemu, kto się do nich zgłosił i wygłosił
żarliwy esej o braku bandaży, sierocej chorobie czy zbawiennych
skutkach hipoterapii w leczeniu porażenia mózgowego. Z czasem
jednak ich zapał malał. Po pierwsze, sami coraz częściej klepali
biedę, w związku z czym ich solidarność z innymi
biednymi dramatycznie słabła. Po drugie, szlag ich trafiał, gdy zauważali,
że charytatywne aukcje psują rynek i mozolnie, latami wypracowane
poziomy cen. Bo kto kupi w galerii lub bezpośrednio od artysty
obraz za 10 tys. złotych, skoro podobny wystawiony na szlachetny cel może
sobie sprawić za jedną czwartą tej kwoty? Po trzecie wreszcie,
kolejka organizatorów oczekujących darowizny wydłużyła się
nieprzyzwoicie i chcąc zadośćuczynić ich prośbom, należałoby
malować wyłącznie dla nich. Praktycznie codziennie proszony jestem
o przekazanie swych prac na aukcje charytatywne. Próśb tych jest
dwa razy więcej niż obrazów, które maluję. Dlatego zdecydowałem się
wspierać tylko dwie regularnie organizowane aukcje. Pozostałym
niestety muszę odmawiać – wyjaśniał swego czasu Zdzisław
Beksiński.
Dziś
na placu boju zostali najbardziej wytrwali (patrz: ramka), ci którym
naprawdę zależy, by spod młotka aukcjonera wyglądało wielkie,
szczere serce. Pozostali zajęli się dbaniem o własne serce.
|
|
Komedianci
i strusie jaja
Pamięć
bywa zawodna, ale jako pierwszy charytatywne licytacje organizował
regularnie bodaj dom aukcyjny PolSwiss Art, w ofercie każdej
aukcji przeznaczając jedną pracę na cele społeczne. Jeden z obrazów
(„Komedianci” Geigera) parokrotnie wracał pod młotek, bowiem ci,
którzy go wylicytowali, wspaniałomyślnie nie odbierali obrazu, by znów
mógł zarabiać na domy dziecka. Z czasem podobnie licytacje
wprowadziły do swej oferty niemal wszystkie pozostałe domy aukcyjne.
Oczywiście odbywało się także wiele aukcji, których dochód w całości
przeznaczano na zbożne cele. Obok przedsięwzięć profesjonalnych
zdarzały się i sytuacje dziwaczne. Przed Wielkanocą
poproszono mnie – wspominał Zdzisław Beksiński – abym
udekorował strusie jajo dostarczone przez organizatorów aukcji. Początkowo
byłem pewien, że to żart jakiegoś radia, bo kto na poważnie mógłby
wpaść na pomysł ze strusimi jajami. Okazało się jednak, że to prośba
całkiem serio jakiegoś stowarzyszenia z Krakowa. Swego czasu
nakłaniano też artystów do malowania, licytowanych później,
choinkowych bombek oraz do przygotowywania własnych, artystycznych
choinek (aukcja na rzecz fundacji Jolanty Kwaśniewskiej).
Dziś
ostały się praktycznie dwie inicjatywy. W Rzeszowie co dwa lata
odbywa się aukcja „Bliźniemu swemu” organizowana od 1990 roku
przez Towarzystwo Pomocy im. Św. Brata Alberta. Pieniądze z niej
przeznaczane są na pomoc bezdomnym i biednym. Co roku na jej rzecz
swe prace przekazują najwybitniejsi polscy twórcy, m.in. Roman Opałka,
Józef Szajna, Jarosław Modzelewski, Eugeniusz Markowski, Adam Myjak i wielu,
wielu innych. W tym roku pod młotek poszło 200 dzieł sztuki
autorstwa 166 artystów. Drugim, nieco mniejszym, ale konsekwentnie
realizowanym przedsięwzięciem jest „Aukcja wielkiego serca”
organizowana w Krakowie od 1993 roku. Przewijały się przez nią
nie tylko dzieła rodzimych twórców, ale także dary z zagranicy,
m.in. od Christo, Michela Seuphora, Wolfa Vostella. Na aukcjach
organizowanych przy okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, obok
słynnych złotych serduszek i czołgów, nart Małysza i piór
wiecznych prezydenta, trafiają się także dzieła sztuki. Co roku artyści
wspierają swymi rysunkami, obrazami i grafikami aukcję na rzecz
pisma o sztuce „Exit”, podtrzymując w ten sposób jego
niepewny rynkowy byt.
Od
wielu lat praktycznie wszystkie charytatywne aukcje odbywające się w kraju
prowadzi społecznie krakowski marszand Andrzej Starmach. I trzeba
przyznać, że jest mistrzem w wyciąganiu pieniędzy z kieszeni
niezdecydowanych uczestników licytacji. Wcale bym się nie zdziwił,
gdyby kiedyś pod Wawelem stanął pomnik z następującą
inskrypcją: „Andrzejowi Starmachowi, polskiemu Robin Hoodowi z młotkiem
zamiast łuku, nieszczęśliwi i pokrzywdzeni przez los rodacy”.
|
|
_1
(6!) 2004
MONO-grafia_
Leon Tarasewicz - rozmawia Olaf
Cirut.
Pełna wersja w *.pdf (ok.
300 kB)
Olaf
Cirut: Naszą rozmowę prowadzimy w Pańskiej pracowni na Akademii,
proszę powiedzieć, czy zdarza się, że mówi Pan niektórym ze swoich
studentów, że tracą tu czas, że nie nadają się na artystów?
Leon Tarasewicz: - Oczywiście, zawsze im mówię - jeżeli widzę, że
znaleźli się na Akademii przypadkowo - zrezygnujcie, zajmijcie się
czymś innym. Od samego początku mówię im, jakie są realia. Do tego
staram się, robiąc wystawy, zapraszać ich do uczestnictwa w
przygotowaniach, tak żeby na własnej skórze poznali czy to w Zachęcie,
czy w Zamku Ujazdowskim, jakie mechanizmy rządzą tym światem. Jakie
jest życie artysty w Polsce. Nie chcę, żeby mieli potem do mnie
pretensje, że ich nie ostrzegałem. Teraz student przychodząc na
Akademię dostaje bardzo dobre stopnie i kończy dostając bardzo dobre
stopnie, choć jego los nikogo nie obchodzi - po nim przyjdą następni.
Przecież
przed egzaminami można ich odsiać na teczkach, mają chyba świadomość,
gdzie się wybierają?
- Egzaminy na studia to straszna maszyna, która zaczyna się od kółek
plastycznych w szkołach, potem kursów przygotowawczych, jakichś
absolwentów po domach kultury uczących... i przyjmują nie osobowości,
które mają jakiś potencjał, tylko tych, którzy spełniają ich
kryteria. To paranoja! To zamknięte koło, które nic nie daje. Teraz
kadry uczelni artystycznych nie są zainteresowane sztuką - ich
interesują etaty. To smutne, ale takie są moje doświadczenia. W
szkolnictwie artystycznym dalej pokutuje maniera fabrykująca różnego
rodzaju estetyki. W krajach komunistycznych czy teraz
postkomunistycznych pracuje się tylko nad estetyką pomijając zupełnie
rozwój intelektualny. W Bułgarii, na Białorusi i na Ukrainie dochodzą
do takich konformizmów, że do każdego koloru należy dodać bieli.
Obowiązuje nierealna przestrzeń i optymistyczna tematyka z elementami
narodowymi. W Polsce za Sokorskiego bardzo sprytnie zaadaptowano
abstrakcję amerykańską, pozwalając na nią, ale tępiąc wszelkie
przejawy działań choćby konceptualnych. W tej chwili świadomość
artystyczna kończy się na Hockneyu i Baconie. Do tej pory dla wielu
poprzeczką nie do przeskoczenia jest Andy Warhol.
Czy
w Polsce jest możliwe wykreowanie modelu kultury, który uwzględniałby
te wszystkie mentalne ułomności?
- Zobacz, jak się rozwijały państwa i jak się rozwijała sztuka.
Aktywność ekonomiczna i kreacja artystyczna. Powstaje najpierw jakieś
skrzyżowanie dróg, rozwija się intelekt, rosną potrzeby duchowe, wieża
Babel rośnie. Potem dochodzi do punktu krytycznego - imperium znika,
cofa się i wtedy też jest najbardziej delikatne malarstwo. Choćby to
w pierwszym wieku w Rzymie. Takie malowanie pojawia się dopiero w
Renesansie.
To musiałby być moment tak ważny, jak powstanie kubizmu, które
raptownie zmieniło całą perspektywę myślenia o sztuce. Wtedy człowiek
nagle zaczął widzieć tyle różnych możliwości. To są piękne
momenty cywilizacyjne, dlatego tak ważna jest sztuka w społeczeństwie.
Z reguły im bardziej niesprzyjające warunki do rozwoju jednostki
podlegającej wielu konfrontacjom, tym częściej wyrastają piękniejsze
kwiaty i ciekawsi ludzie, czego przykładem jest chociażby środowisko
żydowskie. To samo było w Rosji. Tak ciężkie warunki, jakie historia
i cywilizacja im zgotowały, spowodowały, że wyrosły jednostki
pokroju Włodzimierza Wysockiego czy Malewicza - za Malewiczem nie jesteś
w stanie nadążyć, bo widzisz prymitywnie zrobione rzeczy, które niosą
wielką siłę intelektualną w sobie. Centra ściągają takich artystów:
oni nadają ton, a potem bardzo często cywilizacja wchłania ich w
siebie. Coraz bardziej obrastają i przestają być kreatywni. Zawsze
jest tak, że centra kulturowe infiltrują obrzeża.
No
tak, ale Pan przecież też mieszka na prowincji i chyba trudno
powiedzieć, że Pana sztuka jest tam akceptowana czy wspierana.
- Ale tam jest to naturalne. Wieś dlatego zachowała tradycję, że
jest konserwatywna. Tam nikt nie rozmawia o feminizmie, bo samo życie
wymusza podział obowiązków. Czasami ktoś mnie pyta, dlaczego nie
robię wystaw u siebie na wsi. Ja mówię wprost: ja po prostu nie chcę
dostać po mordzie. Co to znaczy, że ty stawiasz pytania o sztukę?
Zadając tam takie pytania kwestionujesz ustalony od wieków model życia,
a sztuka jest ciągłym kwestionowaniem ustalonych reguł. Stawianiem
nowych pytań. Ja, mieszkając w Waliłach, "oparłem się" o
Warszawę. Później, po 1984 roku całkiem by mnie nie było, gdybym
nie funkcjonował w Szwecji, Anglii i Włoszech. Na szczęście to, co
robiłem, było na tyle wyalienowane z tej rzeczywistości
polityczno-społecznej, że ma wymiar uniwersalny.
To
w takim razie, gdzie my teraz jesteśmy z naszą sztuką?
- Na przedmieściach Rzymu, bo Rzym jest teraz choćby w Niemczech. U
nas ciągle jest poślizg kilkudziesięciu lat. Wsiadasz w pociąg w
Warszawie i za kilka godzin jesteś w Berlinie. Chodzisz, oglądasz,
konfrontujesz. Nie można mieć pretensji do cywilizacji, że raptownie
teren, w którym ty się znalazłeś i mieszkasz, znalazł się z boku.
Jeżeli zostałeś na poboczu zmian, a chcesz uczestniczyć w procesie
cywilizacyjnym, to musisz do niego dołączyć. I tu nie chodzi o ślepe
naśladownictwo, jak to się dzieje u nas w kraju, ale... dojeżdżasz
tam i włączasz się do rozmowy na równych prawach. Po pierwsze nie można
obrażać się na nasze społeczeństwo. Było tak zawsze i będzie, że
sztuką zajmują się intelektualne elity. Ktoś może myśleć, że mając
samochód jest elitą, ale jest w dużym błędzie. Zobacz, gdzie kiedyś
Goethe czy Beethoven jeździli, z kim jedli kolację. Cieszę się, że
od maja dadzą nam pieniądze i zaczną budować drogi, bo sami nie
potrafimy budować. Może tak jak Hiszpanom w Bilbao, dadzą nam muzeum
sztuki współczesnej, to o które tak długo walczy Anda Rottenberg.
Sami nie potrafimy go stworzyć.
Może
jakąś alternatywą byłoby stworzenie republiki artystów?
- Kto to utrzyma? To, o czym mówisz, to dwór. W tej chwili w Polsce są
pewne dwory, które mają artystów na swoją miarę. W Warszawie dwory
mają jednych artystów, w Krakowie innych, a ostatnio w Poznaniu
jeszcze innych. Ja tu w Warszawie uczestniczę w życiu artystycznym i
okazuje się, że na dworach warszawskich są tacy artyści, o których
ja nic nie wiem, i historia sztuki nie wie... Patrz, że pierwszym
malarzem, który malował u nas portrety był Dolabella - trzecioligowy
malarz z Włoch. A Canaletto, a Baciarelli? Teraz, kiedy władza się
ustabilizowała, nikt sobie nie uświadamia, jak ważna jest sztuka,
nasza przynależność do europejskiego kręgu kulturowego. Władze nie
potrzebują sztuki, władze nienawidzą sztuki -władze potrzebują
propagandy. Dochodzi do tego, że instytucja państwowa - sąd, w którym
jeszcze oskarżycielem posiłkowym jest prorektor, skarży Nieznalską.
To była rozprawa jak z najgorszych lat pięćdziesiątych. My w tej
chwili żyjemy w państwie, w którym politycy tylko czekają na jakiś
ruch artysty, do którego można się przyczepić i wyjechać z niebytu
politycznego. W tej dziedzinie rekordy bije LPR.
Ale
tak było zawsze, że na plecach indywidualności wyjeżdżali
nieudacznicy.
- To, co się odbywa obecnie w Polsce, to reakcja społeczeństwa, które
chce przynależeć do Zachodu. Zaanektowało dobra materialne, ale nie
chce uczestniczyć w aktywności intelektualnej, nie chce być zmuszane
do myślenia, bo wtedy idzie i głosuje na Leppera. A sztuka zmusza do
myślenia.
A
może ludzie w ogóle nie rozumieją słowa "sztuka"?
- W białoruskim języku nie ma słowa "sztuka" tak jak w
polskim czy w angielskim "art". Tam jest "mastactwa"
jako określenie każdej sztuki. O sztuce wyższej mówi się "wyjaulenczaje
mastactwa" i ten język białoruski, nietknięty wpływami
francuszczyzny czy angielszczyzny zachował słowa, które wszystko tłumaczą.
Artysta to ten, który kreuje, wyjawia. Ja na przykład łapię się na
tym, że zaczynam robić pracę, którą już dawno przemyślałem -
jestem pewny, że ona będzie wyglądać tak, jak to sobie zamierzyłem
- a potem okazuje się, że to jest infantylne i głupie. I nagle
zaczynam wchodzić na takie ścieżki, których nawet nie przeczuwałem.
I właśnie w tym jest mastactwa - wyjawienie.
Proszę
mi powiedzieć: czy jest coś takiego jak fenomen artysty Wschodu, człowieka,
który - skazany na Polskę C - jest zdeterminowany, żeby się wyrwać
z tamtego zaklętego kręgu niemożności? Domyślam się, że tu na ASP
w Warszawie, są takie osoby, bo w Krakowie tak. Pewnie zresztą w całej
Polsce...
- Ja mogę powiedzieć o swojej sytuacji. Dopiero od 1919 roku jesteśmy
kulturowo "oparci" o Warszawę. Wcześniej byliśmy
"oparci" o Wilno i Petersburg. I tak: pod Sokółką mieszkał
kompozytor Jan Tarasewicz, który skończył konserwatorium w
Petersburgu i Rachmaninow mógł spokojnie przyjeżdżać do jego małego
domku, w drodze dalej na Zachód. Centra są na Zachodzie, ale my
mieszkając na Wschodzie mamy element kreatywny, którym jest
wielokulturowość. Można szybciej i pełniej się rozwijać mieszkając
w małym miasteczku żydowskim, mając za sąsiadów Karainów, Rosjan
czy Niemców. Człowiek poznaje inną filozofię świata, znajduje wytłumaczenie
dla swoich wątpliwości i uprzedzeń. Ludzie w mocnej grupie,
zacietrzewieni patriotycznie, nie są w stanie doświadczyć realnej
rzeczywistości. Ja żyjąc w Waliłach jestem mniej związany z Warszawą,
a bardziej z Krakowem, bo z Gródka, gdzie mieszkam, jest cały ród
Chodkiewiczów, cała historia Wielkiego Księstwa Litewskiego,
ewangelia Zabłudowska i co najważniejsze - w Krakowie macie archiwum Młynowskich.
Jeszcze parę lat i ta sytuacja pryśnie, granice administracyjne stracą
na znaczeniu, znowu znaczenie będą mieć granice kulturowe, takie
jakie mieliśmy choćby między Poznaniem a Koroną. Spotykasz kogoś z
Austrowęgrów - ten człowiek jest otwarty i ciekawy świata, a kogoś
znów z Kongresówki i okazuje się, że to prymityw i buc.
Lepiej
zwiać do imperium?
- Imperia nie mają racji bytu. Nie można utrzymać wszystkich dróg do
Rzymu. Ameryka może działać tak spektakularnie, bo jest
wielokulturowa, znalazła pewną równowagę, złoty środek i nie ma
konkurencji w postaci Rosji...
...
ale Ameryce rosną pod bokiem Chiny.
- Tak, ale to Japończycy zaczęli po wojnie inwestować w sztukę. Oni
wiedzieli, że trzeba ściągać ludzi, dawać im możliwości twórczej
kreacji. Tego nie robią Chińczycy. Mogą zrobić lepszy samochód lub
komputer, ale to nie oni je wymyślają. Także sztuka amerykańska lat
50. nie rozwinęłaby się, gdyby nie ludzie tacy jak Andy Warhol.
Przecież to był Łemko, nazywał się Andriej Warhoła, mieszkał po słowackiej
stronie - widziałem listy, które pisała jego matka łacinką po rusińsku.
Nie zrozumiesz jego sztuki, jak nie zobaczysz, co robiła jego matka.
Jak kolorowała jego zdjęcie, kiedy miał 18 lat, jak haftowała
ubrania świętej rodziny i pomalowała dom w kurze łapki, jeszcze w
rodzinnej wsi Mikowa. Każdy z tych artystów, zanim dojechał do tej
Ameryki, czy to był Barry Newman, czy Rothko, czy Warhol, poznawał
najpierw nowe centra: Berlin, Paryż. A teraz to wraca do ich rodzinnej
Łomży, Dźwińska czy Mikowa - sztuka zatoczyła wielkie koło.
Czy
jest możliwe stworzenie takiego nowego, ożywczego prądu w sztuce?
- Tylko wtedy, gdy tu stworzy się ekonomiczne ku temu podstawy. To
nie tak, że w Paryżu nagle zbudowano wieżę Eiffla. Tam zrobiono
wystawę światową i była to manifestacja przemysłu, która wykreowała
nowe prądy w kulturze.
Sztuka
spełnia się teraz w technice?
- Najczęściej rzeczy techniczne mieszczą się już w definicji
kulturowości, także dlatego, że muszą być zaakceptowane przez
szereg osób i myślę, że nawet maszyny Leonarda nie przeszłyby
takich komisji - to dwa różne światy.
To
gdzie w tym wszystkim jest miejsce malarzy?
- Artyści mieli, mają i będą mieć to samo miejsce. Ludzie posługujący
się jakimkolwiek medium, czy farbą, czy piórem, czy komputerem -
nawet nie chcę mówić o jakimś medium, bo drażni mnie samo określenie
"nowe media" - będą zawsze forpocztą kultury, bo rozbijają
zastane schematy, co później kulturowość adaptuje wzbogacając swoje
potrzeby. Gdyby nie było nas z przodu, to ludzie nie wiedzieliby, że
"tam" można wejść...
Ale
nas społeczeństwo nie traktuje jak forpocztę kultury, jesteśmy
raczej postrzegani jako jednostki mało przydatne społecznie.
Oczywiście, ponieważ mieszkamy w konserwatywnym społeczeństwie, które
przejawia postawy fundamentalistyczne. Takie społeczeństwo ma
ograniczoną potrzebę akceptacji artystów i przez to bardzo dużo
traci, ponieważ z naszych umiejętności i intelektu korzystają
Francuzi, Niemcy czy Amerykanie. Co robi Romek Opałka we Francji? Co
robi Krzysiu Wodiczko w Nowym Jorku czy Kasia Kozyra w Berlinie? Teraz
jesteśmy w stanie przebudowy państwa i nie wykształciły się takie
elity intelektualne i państwowe, które doceniłyby sztukę, jako jeden
z ważnych elementów rozwoju i najtańszą reklamę Polski w świecie...
|
|
_3
(5!) 2003 GEO-grafia_
Pietra & Stein - tekst:
Zbylut Grzywacz.
Pełna wersja w *.pdf
(ok. 400 kB)
Archaeopteryx
lithographica to nazwisko i imię praptaka, którego niekompletny,
ale świetnie zachowany skamieniały odcisk znaleziono w 1861 roku w
kamieniołomie jurajskiego wapienia w Solenhofen w Bawarii. Waga tego
znaleziska była niezwykła, bo dowodziło niezbicie, że ptaki wywodzą
się z gadów - archeopteryks tyleż miał cech gadzich co i ptasich. Wśród
ptasich najistotniejsze okazało się to, że był pokryty piórami, co
nie przydarzyło się nigdy żadnemu gadowi, nawet latającemu jak
pterodaktyle, których nagie (a jeśli okryte, to łuskami) ciała i
nietoperzo-smocze błoniaste skrzydła każde współczesne dziecko
widziało w kinie na własne oczy.
Precyzyjne odciski piór zachowały się w wapieniu tylko dlatego, że
jego struktura jest niezwykle drobnoziarnista - to niemal sprasowany,
skamieniały puder. Wydobywana w Solenhofen skała znakomicie nadaje się
do prac litograficznych, a ponieważ litografia w XIX wieku była najważniejszą
z technik graficznych, nazwa gatunkowa praprzodka ptaków, lithographica,
nasunęła się odkrywcom i badaczom samorzutnie. Pierwsze zresztą
odwzorowania praptasiej skamieniałości i pierwsze rekonstrukcje
archeopteryksa właśnie na solenhofeńskim kamieniu litograficznym
zostały narysowane i poligraficznie rozpowszechnione.
W skałach wydobywanych dla celów artystycznych i drukarskich
znaleziono od początków eksploatacji nie tylko setki tysięcy
skamieniałych, doskonale zachowanych szczątków organicznych (m.in. w
roku 1877 natrafiono na drugi, tym razem kompletny okaz praptaka), ale i
setki tysięcy dzieł graficznych powstałych bez udziału artystów i
archeopteryksów. Mowa tu o słynnych od kilkuset lat dendrytach z
Solenhofen, opisywanych niegdyś jako skamieniałe mchy, paprocie lub
inne jeszcze szczątki roślinne. Nawet teraz - a może zwłaszcza
teraz, kiedy już od dawna wiadomo, że te drobiazgowe, delikatne
rysunki z życiem organicznym nic nie mają wspólnego - nadal uwodzi
czar, z jakim roztwory tlenków żelaza i manganu potrafiły, wciskając
się w szczeliny pomiędzy wapiennymi płytami i krystalizując tam,
rysować urzekające pejzaże leśne, perfekcyjne przedstawienia drzew,
krzewów, traw i filigranowych roślin. Manganowe dendryty można znaleźć
wszędzie, bo wszędzie jest woda niosąca w sobie cząsteczki związków
manganu, żelaza i innych minerałów i wszędzie czyhają na nią
szczeliny skalne wsysające ją łapczywie, ale takiej ilości i doskonałości
rysunków jak w Solenhofen próżno szukać nawet w Albertinie.
(Jeśli słowo dendryt jest dla kogoś obce, wystarczy przypomnieć
sobie z dzieciństwa, kiedy okna jeszcze bywały nieszczelne,
roziskrzone w styczniowym słońcu liście palm i paproci, jakie rysowała
na szybach okiennych zamarzająca para wodna zamieniając się w lód,
czyli "minerał" z grupy tlenków. To właśnie przykład
dendrytu - jednej z form, na które krystalografia dzieli sposoby występowania
w przyrodzie minerałów. W formie dendrytycznych kryształów występują
często samorodki srebra, złota i miedzi. Déndron to greckie
drzewo.)
Alberese,
drzewny - tak włoscy petrografowie określają pokrywający wzgórza
Toskanii kompleks wapienia kredowo-eoceńskiego, z przełomu ery
mezozoicznej i kenozoicznej. Najsłynniejszą jego odmianą jest pietra
paesina, kamień nazywany też marmurem toskańskim, marmurem
ruinowym, lub kamieniem pejzażowym. Pierwszy opisał "kamień
przypominający miasto z wieżami" jezuita Athanasius Kirchner, w
zatytułowanym Mundus Subterraneus, rozdziale wielkiego dzieła
przyrodniczego wydanego w roku 1664. Kamień pejzażowy był już wtedy,
od czasów Renesansu, znany i ceniony w Europie, używano go do wyrobu
przedmiotów dekoracyjnych, biżuterii i mozaik, często inkrustowano
nim meble i ołtarze. Cięty na cienkie płytki i polerowany zadziwiał
i zachwycał ukazującymi się na przekrojach malowniczymi krajobrazami.
Był ozdobą wielu książęcych, królewskich i biskupich gabinetów
osobliwości, szczególnie rozmiłował się w nim ród Medyceuszy. Nic
dziwnego, skoro wyłącznie w ich rodzinnych stronach, w okolicy
Florencji można było na niego natrafić. Niestety nie występował in
situ, w złożu, znajdowano jedynie rozsiane na przestrzeni kilkuset
kilometrów kwadratowych odosobnione, niewielkie bloki i bryły, dlatego
osiągał wysokie ceny, a miejsca znalezisk były pilnie strzeżone;
obszerna bibliografia dotycząca jego historii i poszukiwań pełna jest
sensacyjnych wątków.
Stanowiący niegdyś dno morza wapienny masyw nakrywający jak derka na
wielbłądzim grzbiecie toskańskie wzgórza, rozpadł się z czasem na
bloki, potem na kostki wielkości cegieł, które rzeki i deszcze zniosły
w doliny obtłukując po drodze, naruszając drobnoziarnistą, litą jak
kamień litograficzny strukturę drobnymi spękaniami, nurzając w
wilgoci, wreszcie grzebiąc pod ziemią, ale zbyt płytko, by były
bezpieczne. Rozdzielone na pojedyncze odłamki kamienie murszały, stawały
się łupem żarłocznej wody, która wsączając się mikroskopijnymi
spękaniami w stalowoszary wapień zawierający dużą ilość żelaza,
zamieniała je w rdzę, w ochrę. Kamień bronił się zaciskając swoje
wnętrze i czasem udawało mu się zachować nietkniętą ośródkę,
podczas, gdy peryferie żółkły i brunatniały bezbronne wobec ataków
wody. Z zewnątrz dodatkowo oblegały kamień tlenki manganu, zapuszczając
się w głąb i zakorzeniając w skalnym cieście krzaczastymi
dendrytami. Ocalałe szaro-błękitno-zielonkawe wnętrze stawało się
niebem krajobrazów, jego morzami i jeziorami - reszta wokół to złote,
rude i brunatne urwiska skalne, wąwozy, ruiny, porośnięte
gdzieniegdzie uschłą, czarną roślinnością. Krajobraz po przegranej
walce kamienia z niszczącą siłą płynącego wraz z wodą czasu.
Przed
laty, kiedy kolekcjonowałem kamienie i jeździłem na giełdy
mineralogiczne, przywiozłem z jednej z nich kilkanaście płytek pietra
paesina i dendrytów z Solenhofen, wymieniając je za odciski
oligoceńskich ryb z fliszu karpackiego okolic Jasła. Wystawione w
Galerii Osobliwości (od wieków ich miejscem były przecież gabinety
osobliwości) przyciągały uwagę i budziły podziw, a ja, mając chętnych
słuchaczy, często opowiadałem historie związane z kamieniami i tłumaczyłem,
jak powstawały obrazy pomiędzy warstwami skały lub w jej wnętrzu.
Zasady ich tworzenia się, choć w obu przypadkach związane z penetracją
wody w głąb kamiennych szczelin, były zgoła odmienne. Do malowania
pejzaży wewnątrz kamienia florenckiego woda używała zawartego w nim
żelaza, które przemieniała w jego tlenki i wodorotlenki, budując w
ten sposób własną paletę ziemi, w której dominowały ugry, umbra
naturalna i palona. Manganu do wykańczania szczegółów czernią nie
było wewnątrz kamienia, wybierając się więc w plener, woda musiała
zabierać go ze sobą. Manganem także, limonitem i hematytem kreowała
pejzaże w szczelinach wapiennych płyt w Solenhofen: lecz tu powstawały
jedynie rysunki, nie obrazy. Czerń, mroczna sepia i złocisty bistr układały
się w drobiazgowe studia roślin jakby rysowanych piórem, zapewne
archeopteryksa, na wapiennych płaszczyznach zbielałego ugru.
Lekcja rysunku w Bawarii i szkoła malarstwa toskańskiego. Linia i
plama rozdzielone za sprawą położenia geograficznego. Zajmujące z
punktu widzenia estetyki jest to, że mimo ikonograficznej bliskości
(wszak w obu przypadkach mamy do czynienia z krajobrazem) wyraz
malowanych, czy lawowanych pejzaży włoskich jest pełen północnego
dramatyzmu: ruiny i przepastne wąwozy, naga ziemia - coś z klimatu
C.D. Friedricha. A na północ od Alp powstały lekkie, prześwietlone słońcem
landszafty pełne roślinności - jakby zapuścili się tu florentczycy:
Perugino, Botticelli...
Może było tak dlatego, że w toskański wapień woda musiała wdzierać
się przemocą, gwałcąc go i rujnując, a bawarski wapień
litograficzny sam się ochoczo rozwarstwiał, jak karty w księdze
paleograficznej i wsysał kapilarnie wodę ciekaw jej możliwości
artystycznych. Sam był rzeźbiarzem, pracowitym twórcą masek pośmiertnych
stworzeń żyjących przed milionami lat.
Przyszedł
kiedyś do galerii mężczyzna, który poprzedniego dnia wysłuchał
mojej gawędy i powiedział, że po przemyśleniu wie, że to, co mówiłem
o pochodzeniu pejzaży, to nieprawda, bo to są kamienie fotograficzne.
Są światłoczułe, widziały te pejzaże, zapisywały w sobie. Ten z
Toskanii patrzył na skaliste wąwozy, ruiny miast, morze, wyspy na nim,
chmury nad nimi. Ten z Bawarii leżał na skraju lasu, obserwował rośliny
z bliska i z daleka. Oba przechowały naświetlone obrazy w ciemni
swojego wnętrza - widoczne są dopiero, jak po wywołaniu, kiedy
rozwarstwić lub rozciąć kamień. To jak wyciągnąć naświetloną
odbitkę z polaroidu.
Na nic zdały się moje tłumaczenia, że te pejzaże powstały bez
najmniejszej intencji mimetycznej ze strony natury, która tylko
egzekwuje swoje prawa i wypełnia swoje obowiązki, bo nie może
inaczej.
- Nie. Te kamienie patrzyły, widziały, zapamiętały, zapisały. Jeśli
fizyka i chemia, o których tyle się tutaj mówiło, brały w tym udział,
to jedynie tak, jak w mechanice aparatu fotograficznego i w chemicznych
procesach wywoływania. Nie przypadkiem plamy i linie ułożyły się w
tak realistyczne krajobrazy. To są odwzorowania istniejących w
rzeczywistości miejsc.
Byłem bezsilny, nie usiłowałem nawet argumentować, że w czasach,
kiedy latały archeopteryksy, nie było jeszcze miast i zamków, a także,
że dokładny, dendrograficzny opis zada kłam prawdziwości drzew z
Solnhofen. Widziałem w wyobraźni kostki marmuru florenckiego patrzące
wapiennymi oczami na kaniony i zrujnowane zamki, chłonące je w swoje
kamienne wnętrzności, widziałem wpatrzone uważnie w bliskie mchy i
odległe ściany lasu wapienie solenhofeńskie i zwątpiłem w sens tłumaczenia
chemiczno-mechanicznymi procesami rezultatów, które fascynują i budzą
zachwyt. Pomyślałem, że może trzeba uszanować to dwudziestowieczne
wyznanie wiary w arystotelesowską vis plastica - siłę twórczą
natury i cieszyć się, że są jeszcze tacy, którzy nie godzą się na
objaśnianie wszystkiego językiem współczesnej nauki. Wychodziłem z
galerii podniesiony na duchu, że nauce nie udało się jednak wytrzebić
wszelkich pozarozumowych prób odczytywania świata. Że prawdziwej
ciekawości nie zaspokoi podręcznikowe wytłumaczenie. Jeśli zaspokoi,
to miejsce oczarowania zajmie rozczarowanie - a jeżeli zniknie ciekawość,
oczarowanie i zdziwienie, to nie zostanie właściwie nic, dla czego
warto żyć.
Zbylut
Grzywacz - artysta malarz, eseista, kolekcjoner minerałów i skamieniałości,
profesor ASP w Krakowie, właściciel Galerii Osobliwości przy ul. Sławkowskiej,
w Krakowie. Zmarł 16 lipca 2004 w Krakowie.
|